czwartek, 28 maja 2009

Rocznica - (opowiadanie)

Od kilku dni odczuwała podświadomy lęk. Choć bardzo starannie to ukrywała, demony przeszłości nie pozwalały o sobie zapomnieć, a ona wiedziała dlaczego. Właśnie minęła czwarta rocznica ich poznania. Czwarta rocznica bolesnego rozrywania siebie, pomiędzy jego, a swój, od dawna zbudowany dom. Czwarta rocznica uległości wobec kogoś, kto urokiem i przebiegłością doprowadził do długo nieuświadamianego stopnia przywiązania. Czwarta rocznica niepotrzebnego czekania i trwania w miłosnym amoku. Czwarta rocznica jej nieustającej wiary w realizację jego obietnicy bycia razem. Czwarta rocznica jej słabości, a jego triumfu nad jej brakiem charakteru. Czwarta rocznica, której miało nie być, bo dwa miesiące wcześniej zamierzała z nim zerwać raz na zawsze. Ale on się nie zgodził się, a ona przyjęła to z ulgą...
Data, która stała się dla niej najważniejszą w życiu, aktualnie stała się źródłem niekończącego się cierpienia, cierpienia które, co tu dużo mówić, sama sobie zafundowała.
Znaczyła dla niej bowiem tą nieoczekiwaną zupełnie zmianę, znaczyła nową miłość, znaczyła obecność kogoś, kto wypełnił tak szczelnie, że aż hermetycznie jej świat... Był dla niej wszystkim. Dniem, nocą, słońcem i cieniem... Grudniem i majem...Płaczem i śmiechem...
Gdy był obok, wdychała jego zapach, by nabrać sił na dni bez niego...
Jak małe dziecko, patrząc mu prosto w oczy, lubiła słuchać gdy mówił jak ważna jest w jego życiu, jak świat krąży wokół niej, ile dla niego znaczy...
Dlatego czuła ból, gdy beztrosko, z dziecinnym wdziękiem zapominał o tej, łączącej ich, dacie...
A przecież przez cztery lata zapomniał cztery razy.
Egoistycznie nie zgodził się na rozstanie, bo nie starał się zrozumieć jak bardzo jest jej przykro, że nie dotrzymuje słowa, jak rozrasta się w niej poczucie winy, jak mdli ją od wyrzutów sumienia, jak kurczy się pod własną podłością.
A do niej powoli docierała wszechogarniająca świadomość, że on tak naprawdę wcale nie chciał, by byli razem, razem na zawsze. On tylko mówił, że chce. Wyznaczył termin rozstrzygnięcia, ale konsekwentnie go unikał. Przecież musiałby zrezygnować z tego co w jego życiu okazuje się ważniejsze od niej, z książek, obrazów, zegarów i innych dóbr dotychczas zdobytych... Chyba to przeczuwała od początku, ale nie chciała w to wierzyć, wolała puste obietnice, nic w rezultacie nie znaczące w tej czteroletniej znajomości. Prosiła by jej nie oszukiwał, by podjął decyzję, jakąkolwiek, ale decyzję, która roztrzygałaby jej sytuację. On wprawdzie zapewniał, że chce by byli razem, ale dalej bawił się podwójnym życiem, po mistrzowsku łącząc dwie prawdy – tę obiektywną z tą życzeniową. Z przykrością konstatowała własną naiwność i jego pewność siebie.
Zrozumiała, że nie kocha jej, tylko życiowe imponderabilia, to co sprawiało mu przyjemność, a nie to co miało znaczyć ich wspólną radość.
Pełna goryczy myślała o tym, że jest dziewczyną tylko na godziny, dziewczyną na porcję erotycznych doznań. Działał jak pogotowie ratunkowe, ale jego rola jest przecież doraźna, a to w rezultacie prowadziło do zwiększania cierpiącemu złudzeń.
Coraz przejrzyściej widziała, że jego postawa boli ją od dawna, właściwie chyba od początku...?
A może od chwili kiedy zupełnie nieodpowiedzialnie zaczął planować to, co nigdy nie miało się zdarzyć? Gdy zrozumiał, co obiecał, bez komentarza, zwyczajnie się wycofał.
Zaczęła zdecydowanie zadawać sobie pytanie: jak można normalnie funkcjonować w anormalnych warunkach? Co z tego, że zawsze podkreślał, że obu stronom ma być dobrze, mają się wzajem uzupełniać, skoro po mistrzowsku tylko brał i zabierał to, co obiecał dać?
Czas trwania, jest czasem życia. Ale życie to niekoniecznie trwanie, tak więc obudzony lęk wyzwolił w niej siłę powrotu do życia. Wolała być sama, niż oddawać siebie po kawałku.
Przemyślała swoje wątpliwości kolejny raz i kolejny raz zobaczyła siebie w krzywym zwierciadle jego kłamstw. Podjęła decyzję. Lęki miną, a ona będzie wolna.

Opowiadanie to ukazało się w częstochowskim dwumiesięczniku kulturalnym "Aleje 3" nr 53 (I-II)/2006

piątek, 22 maja 2009

Lubię... (opowiadanie)

Lubię poznawać nowych ludzi, pociąga mnie ich tajemniczość, odmienność, głębia charakterologiczna, bo lubię pokonywać labirynty ich osobowości. Lubię bronić swoich przekonań, bo uważam, że stanowią niezbędne moralne wiano oraz samopotwierdzanie się, wywodzące się wprost
z kompleksu małej wartości, który czasem mam za sobą, a czasem nadal mnie prześladuje.
Bronię zatem swojego terytorium osobistego mówiąc, że nie wpadnę
np. w spiralę zaborczości, bo sama mam bardzo głęboko zakodowane poczucie własnej wolności. Nigdy nikt z mojego otoczenia nie był przeze mnie „skonfiskowany”. Myślę raczej, że wszystkim pozostawiam zbyt wiele swobody i że raczej tu tkwi problem.
Właśnie A. zrobił ze mnie przedmiot do zabaw seksualnych, a ja początkowo niezadowolona, usiłowałam bronić naszej maleńkiej wspólnoty, lecz niestety bezskutecznie. Długie rozmowy, próby wyjaśniania do czego potrzebne jest mi telefoniczne dzień dobry, dlaczego nie zamierzam przemykać się pod dywanem, nie dały rezultatów. Musiałam pogodzić się z faktem, że jeśli chce się z nim spotykać – a chcę – to muszę przyjąć jego warunki. No bo jeśli nie ma co do tego porozumienia, to wygrywa jedna strona, albo druga, ale nie ma związku. Spasowałam zatem w swoich i tak minimalnych wymaganiach, dotyczących głównie formy kontaktów, ale nie ukrywam, trochę mnie to kosztowało. No i spotykam się z nim nadal, mam to co chcę, czyli dużo namiętności, a na resztę jest opuszczona zasłona. Na szczęście mamy o czym mówić, bo to ciekawy świata, inteligentny facet.
Choć niekoniecznie nie ma rezultatów, bo on zaczyna odkrywać uroki słów „tęsknię za tobą”, „już tylko 4 tygodnie do naszego spotkania”, co niedawno graniczyło z apage satanas. Wczoraj z największym osłupieniem odebrałam takiego e mail’a. Nie ukrywam było mi bardzo miło, bo sprowadzona do przedmiotowej postaci, musiałam w sobie zamrozić ciągoty do takiego może i pustego, ale jakże potrzebnego „gadania”. A. ma podejście iście filozoficzne do życia i gdyby nie silna fizyczność, to stałby się absolutnym ascetą, żyjącym w świecie korzonków i bez kobiet. Uważam, powtarzałam mu to zawsze, że na szczęście składamy się z dwóch postaci, duchowej i fizycznej, ale największa radość polega na harmonijnym ich łączeniu.
Ja nauczyłam się mówić o uczuciach, bo tak jak kiedyś przeczytałam, skąd dziecko, rodzice, mąż, partner ma wiedzieć o naszych do nich uczuciach?
A. walczy z taką werbalizacją, bo uważa, że skoro chce się ze mną spotkać, to już nie musi mówić, że chce. To jego zdaniem wynika samo z siebie.
A przecież komunikujemy się za pomocą języka, w którym są setki słów na opisanie naszych emocji i uczuć. Dlatego warto korzystać z „rady” sentencji
„nigdy nie przegap okazji, żeby powiedzieć komuś, że go kochasz” i po prostu tego słowa używać. Nie wstydzę się tego, bo w ten sposób walczę ze stereotypami zachowań, które były modne za czasów moich dziadków.
Dziś z każdej gazety dowiadujesz się, że mężczyzna po to daje ci numer telefonu, byś do niego zadzwoniła; że nieśmiałość mężczyzn sięga tak głęboko, że koniecznie należy ich ośmielać proponując niekoniecznie spacer...
Nie twierdzę, że popieram te kulturowe zmiany od a do z, bo zdecydowanie nie, ale te sztywne przedwojenne karby też nie są moimi ulubionymi...
Idąc za sentencją nie szarżuję słowem „kocham”, używam go bardzo oszczędnie choć przecież jest takim samym „komunikatem” jak „ogień jest gorący, a lód jest zimny, czy ładną mamy dziś pogodę”. Myślę, że nie warto by powszedniało, było nadużywane, poddało się mimowolnej deprecjacji. Myślę, że warto go ostrożnie dawkować.
Poza tym dla mnie miłość ma jednak element racjonalny, czyli jest w pełni świadomym wyborem ograniczenia własnej wolności na rzecz osoby kochanej, wybierania ścieżek porozumiewania się bez ran, wzajemnego zrozumienia i tolerancji. Miłość ślepa, egoistyczna, zaborcza jest mi obca. To uczucie uważam za najważniejsze, ale nie za podstawę do licytacji i targów.
Dziś prześladuje mnie uczucie straty uciekającego czasu. Gdy byłam młoda, mogłam czekać, dziś na czekanie po prostu nie mam czasu. Staję przed wyborem, albo korzystam z sytuacji, albo ona się już nie zdarzy.
Jest to dość bolesna, za to precyzyjnie określona alternatywa.
Trudno będąc dojrzałym w niekończoność marzyć o młodzieńczych ideałach. Opcje się zmieniają i właściwie albo się podporządkujesz losowi, albo możesz zostać samotnym na własne żądanie.
Wybieram zatem eksperymenty, nie robię sobie wyrzutów i nie mam do siebie pretensji, jeśli coś nie jest zgodne z oczekiwaniami. Carpe diem. I tyle.
W każdym z nas jest marzenie o tej jedynej, spełnionej miłości, która nie omija nas (mnie, ciebie) jako wybrańców losu. Rzeczywistość, która skrzeczy, jak niezwykle słusznie zauważał Wyspiański, niestety szybciej niż byśmy chcieli uświadamia nam, że to nieprawda. Ale pragnienie miłości, marzenia o niej, jej przeczucie zostaje w nas na zawsze. I borykamy się z tym oczekiwaniem, nieodwzajemnionym spełnieniem lub jej brakiem. I w zależności od naszej kondycji psychicznej albo popadamy w frustrację, albo małpujemy udając wieczne szczęście, albo podążamy drogą statecznego pogodzenia się z losem.

czwartek, 21 maja 2009

Ach to nieznośne "aaammm..." czyli list do Kamila Durczoka

Dzień dobry Panu!

Od jakiegoś czasu zbieram się, żeby do Pana napisać, bo coraz gorzej znoszę Pańskie, moim zdaniem, nieprofesjonalne zachowanie wobec interlokutorów zapraszanych do rozmów
w "Faktach po faktach".
Przede wszystkim przerywanie wpół zdania (na które epidemicznie chorują wszyscy dziennikarze wszystkich stacji), kiedy mówiący jeszcze nie zdążył wypowiedzieć pierwszego zdania, a Pan już wtrąca swoje "trzy grosze". Poza tym czyni Pan wszystko, by dojśc do wniosku, że wywiad przeprowadza Pan nie z zaproszonym gościem, a sam z sobą!
Zadając pytania powinien Pan nie tylko ograniczyć (a właściwie wytępić) wstrętne amerykańskie "aaammm" ale i "filozoficzne" wywody, które być może
w Pańskim przekonaniu dodają Panu politycznego splendoru, a są zwyczajnie nie na miejscu
w tym miejscu, czyli w "Faktach po faktach", który to program, jak rozumiem, ma być prezentacją komentarza (monologu) pytanego, nie pytającego.
A może niech twórcy TVN 24 dadzą Panu czas antenowy na swój autorski program i wtedy będzie Pan mógł się dowolnie tam wyżywać?
Mam takie nieodparte wrażenie, że zdemoralizowały Pana nagrody i skłonność do zarozumialstwa. Nadużywa Pan roli dziennikarza telewizyjnego, by prezentować się w roli mentora, do której na razie Pan po prostu nie dorasta. Mentorem to może być Prof. Władysław Bartoszewski, czy był Prof. Bronisław Geremek. Polska polityka jest wystarczajaco nabuzowana osobami, którym się zdaje, że zjedli wszystkie rozumy, wszystko wiedzą i w dodatku na wszystko mają patent, tymczasem "rzeczywistość skrzeczy", jak pisał Wyspiański, co świetnie było widać we wczorajszym w programie, kiedy bzdurzył trzy po trzy poseł Tadeusz Cymański wszystkich "ucząc" kultury, której nadmiaru sam nie posiada i któremu Pan nie przerywał, a gdy dzień wcześniej wypowiadał się były Prezydent Aleksander Kwasniewski, nie mógł zakończyć jednego zdania, bo Pan Mu na to nie pozwolił. Milczeniem pominę fakt, że bądź co bądź to były prezydent, w dodatku zawsze z klasą i nieagresywny w sformułowaniach.
Natomiast Julia Pitera jako polonistka powinna bardziej zwracać uwagę na czystość swojego języka polskiego, niż w kółko zwracać wszystkim uwagi i oceniać wszystkich jako, delikatnie mówiąc, niemerytorycznych. Też nie miała ani nic nowego ani specjalnie mądrego do powiedzenia oprócz populistycznych sloganów, a Pan słuchał jak zaczarowany, nie ośmielając się Jej przerwać.
"Papier" internetowy jest cierpliwy tak samo cierpliwy jak "zwykły" i wszystko przyjmie, ten list też, ale pewnie dalej będę się zżymać oglądając "Fakty po faktach", które Pan prowadzi
i zaczyna od ... "aaammm", nazbyt rozbudowanych do roli komentarza pytanio-odpowiedzi
i nieustannego przerywania.
Nie podoba mi się to i postanowiłam się tymi uwagami z Panem podzielić, bo czasem warto odkurzyć pokorę, zapomnieć o nagrodach i nadal ćwiczyć swoją zawodową klasę, czego życząc, pozostaję z szacunkiem.

czwartek, 14 maja 2009

Marząc... (opowiadanie)

Po latach gonitwy i samotnego pokonywania trudności (co jest na pewno sprawdzianem własnych możliwości), wyjechałam nad morze, na pierwszy po 10-ciu latach urlop. Morze, które uwielbiam, ma dla mnie nieprzeniknioną metafizykę. Dwa, trzy razy dziennie, po kilka kilometrów chodziłam na długie myślowe spacery i wymywałam z siebie szlam dnia codziennego.
Bardzo lubię te samotne wyprawy w głąb siebie. Pozwalają mi lepiej rozumieć świat, powoli porządkować wydarzenia, wyraźniej czuć.
Zanurzałam się w siebie, by móc spokojnie oddzielić to co ważne od tego co zbędne i przynosić z nich garść pouczających reminiscencji.
Po tygodniu wpuściłam do swego życia mężczyznę, którego wprawdzie nie kochałam, ale który fantastycznie zrekompensował mi brak uczucia nieznanymi dotąd doznaniami, także po ponad 3 tygodniach wypoczynku wróciłam jak nowa.
Wracam do tamtych dni często z rozmarzeniem, bo zamyślam wyjechać na kolejny, długo wyczekany urlop. Znów pojadę sama i znów będę spoglądać w dal i w siebie. I może znów uda mi się wpuścić do swojego życia mężczyznę, który wypełni trwającą od lat pustkę po rozstaniu z tym jedynym.
Nie ukrywam, mam „ochotę na chwileczkę zapomnienia”, bo ostatnio bardzo skutecznie moją wyobraźnię rozbudził pewien wysoki, przystojny, elokwentny flirciarz, który starannie buduje swoją atrakcyjność w moich oczach, dozuje atuty, roztacza wizję radości z bliżej nieokreślonej wspólnoty.
A ja... no cóż ja, natychmiast się rozmarzam i widzę to, co powoli staje się moim marzonym oczekiwaniem, może za czas jakiś prawdziwie rzeczywistym?
Podobno marzenia są w życiu bardzo potrzebne, co jest dla mnie wielce pocieszające, bo całe życie marzę. W moim smutnym, zapracowanym dzieciństwie szukałam w nich ulgi i rekompensaty skromnych warunków, w jakich żyłam. Wtedy myślałam, że sobie wymarzę lepszą, malowaną przyszłość – czas pokazał, że „pospolitość skrzeczy”, głośniej niż Wyspiański.
Ale marzę nadal i pewnie umrę rozmarzona, a właściwie wypełniona marzeniami, bo wciąż na coś czekam, co mnie i tak nie spotyka. Gdy człowiek jest już zmęczony życiem i nakładającymi się problemami, ta umiejętność wprawdzie ulega powolnemu samounicestwianiu, lecz nadal irracjonalnie przy tym rozmarzonym trwaniu trzyma.
Marzenia pozwalają się wyrwać z zaklętego kręgu codzienności i pozwalają choćby na chwilę zapomnieć o obowiązkach, koniecznościach, kłopotach, smutkach i zgryzotach wszelakich. Dają powietrze, przestrzeń, wewnętrzną młodość i poczucie niezbędnej siły. Zapewniają harmonię między bytem realnym, a bytem wyobrażanym.
Marząc, żeglujemy w wirtualnej rzeczywistości, gdzie odgrywamy wymarzone role, bywamy w wymarzonych miejscach, spotykamy wymarzonych ludzi, przeżywamy wymarzone miłości. Bo w marzeniach wszystko dzieje się w zgodzie z naszymi życzeniami i oczekiwaniami.
A w życiu niestety niekoniecznie...

wtorek, 28 kwietnia 2009

"Generał Nil" - wstrząsający film o powojennej historii Polski

Wczoraj obejrzałam film "Generał Nil" reżyserii Ryszarda Bugajskiego, mojego ulubionego i moim zdaniem znakomitego reżysera.
Czekałam na niego i bardzo chciałam go zobaczyć, nie sądziłam tylko, że będę jedną spośród - tylko - 8 osób oglądających. Na "Katyniu" płakały całe sale ludzi, którzy dostali dofinansowane z tzw. "socjalnego" bilety, tu w skupieniu, ale ze łzą w oku zamyśliło się ledwie kilka osób...To przeraża jak oddaliliśmy się od naszej historii, jak dalece nie chcemy jej poznawać. "Katyń" był swego rodzaju hamburgerem historycznym i mimo swoich słabości wzbudził znacznie większe zainteresowanie. Cóż...
"Generał Nil" wstrząsnął mną absolutnie, jest perfekcyjnie nakręcony, jak to określiłam dla własnej potrzeby, delikatną kreską, która to kreska swoją delikatnością i wyczuciem, znakomicie i w pełni odkrywa to co wcale nie delikatne, a okrutne i straszne. Ale "takt" tej kreski pozwala nie czuć się wciąganym w grę reżysera z prawdą historyczną, uwiarygadnia to, co trudno sobie dziś naszemu pokoleniu wyobrazić, a co przecież miało miejsce.
Doskonale z intuicją dobrani aktorzy, którzy zagrali koncertowo swoje role, przypominając się przy okazji światu, jednym słowem przy okazji stara dobra polska szkoła aktorska w pełnej okazałości.
Dbałość o szczegóły zarówno scenograficzne, jak i historyczne, poszerzona o mistrzowskie zdjęcia dodaje filmowi punktów za profesjonalizm, tak charakterystyczny dla Ryszarda Bugajskiego.
Nie mogę poszczycić się zbyt dużą wiedzą na temat biografii Generała, bo chodząc do szkoły w latach 50-tych nie uczyłam się o naszych wielkich, ale nie jedynie słusznych bohaterach. Generał pozostaje dla mnie człowiekiem honoru, a któż dziś wie, kto to jest człowiek honoru? A jednocześnie ile się w tym jednym słowie zawiera ważnych spraw, emocji, zachowań, sposobu myślenia i postrzegania świata...
Oglądając ten film wzmaga się tęsknota do tego, co do czasów wojny było normą, o czym dziś pamiętają takie dinozaury jak ja, a młodzi nawet nie rozumieją sensu tego słowa.
Film dla mnie kończy się bardzo wymownie i przejmująco, miałam kiedyś jako dziecko taki sen, który mnie straszy do dziś.
Cenię bardzo pracę Ryszarda Bugajskiego, uważam, że jest niedocenionym polskim reżyserem, podobnie jak Teresa Kotlarczyk. Jego "Przesłuchanie" oglądane przeze mnie na pirackiej kopii w stanie wojennym na zawsze pozostało mi w pamięci jako dzieło artystyczne i historyczne.
"Generał Nil" to kolejne dzieło reżysera, który nie mizdrzy się do widzów, a starannie i z pietyzmem dobiera trudne tematy, realizując je z dbałością o prawdę i dobry smak.

czwartek, 23 kwietnia 2009

"Czyż przewidzieć można z góry co wymyślą kreatury?"

Pytanie retoryczne, zadawane od wieków, a tak lapidarnie sformułowane przez Mistrza Jana Sz.
I oczywiście przewidzieć nie sposób, szczególnie żyjącym "inaczej", czyli uczciwie. Dziś odebrałam informację, że byłym dyrektorom Programu 3 Polskiego Radia, odwołanym w iście czekistowskim stylu, do spreparowanych przez „Gazetę Wyborczą” zarzutów dodano zwolnienie dyscyplinarne! Ludziom, którzy przywrócili kiedyś elitarnej stacji, dawny charme i blask, zbliżyli ją z powrotem do czasów, w których była anteną kultową, zarobili dla niej pieniądze, znanych z uczciwości właśnie, postawiono najpierw w mediach zarzuty niemal kryminalne, ostatnio dodając, że wskutek rzekomego nie stawiennictwa się dyrektora (-ów) na baczność na wezwanie pani z kadr, zwalnia się go (ich) w trybie dyscyplinarnym! Dodać należy, że owo natychmiastowe wezwanie – bez uprzedzenia – miało miejsce o 15.15! Pośpiech rodem z piekła, zupełnie jakby podejmującym taką decyzję grunt palił się pod nogami, co nie jest dalekie od prawdy, bo podejmujący decyzję jest niekoniecznie legalnie na funkcji p.o. prezesa zarządu PR. Idąc tym torem jego decyzja była z punktu widzenia prawa nieważna i pozostaje nieważna do chwili obecnej, tylko zupełnie nie wiadomo dlaczego wciąż pozostaje decyzją jedynie słuszną. Wiceprzewodniczący Rady Nadzorczej PR kilka razy mówił o „prawdzie” radiowych nominacji i odwołań oraz konsekwencji wynikających z tego faktu. I mimo, że wszyscy, którzy powinni wiedzieć wiedzą, to nikt nie reaguje zgodnie z literą prawa. Kancelaria prezydenta i premiera wymownie milczy albo odsyła do KRRiTu, który tchórzliwie nie wychodzi z okopów (czytaj stanowisk) i jakoś głuchy i ślepy na jawne preparowanie rzekomych argumentów.
Największą (niezawinioną) winą odwołanego w nocy i pod stołem dyrektora Trójki
był fakt powołania Go na to stanowisko w czasach rządów premiera - prezesa Jarosława. Zrobiono z niego człowieka czyszczącego buty prezesowi i ta opcja musiała wygrać z opcją zdrowego rozsądku, elementarnej uczciwości i działań ponad partyjnych, których pełne usta mają wszyscy posłowie herbu hipokryta tego kraju.
Trzymający władzę p.o. prezes PR mimo niespełniania warunków, twardo się trzyma
i stanowi swoje, nomen omen, wijące się prawo, na które nie mają wpływu tzw. ustawy wyższego rzędu, którym te niższe powinny podlegać.
Retoryczne pytanie zawarte w tytule zawiera próbę odpowiedzi, skąd uczciwy szary mieszkaniec tego kraju ma wiedzieć co jest dobre, a co złe, jeśli prawo stanowią niepraworządnie powołani prezesi, dyrektorzy, szefowie rad nadzorczych, pewnie ministrowie itd., itd...

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Spotkanie - opowiadanie

Tak się składa, że niecodziennie mogę być na bieżąco "a propos". Pomyślalam sobie zatem, że może otworzę zapomnianą szufladę i wyjmę małe opowiadanie...

Gdy go zobaczyła, była zaskoczona, ale... niecodziennie oczarowana. Weszła do studia w chwili przerwy, kiedy on akurat podpisywał płytę. Musiała to być długa dedykacja, bo nawet nie drgnął by bodaj obrzucić ją wzrokiem. Po dłuższej chwili przerwał, powiedział „chwileczkę” i wrócił do pisania. Gdy skończył, podniósł wzrok, wstał i przywitał się, co sfinalizowało na żywo, półroczną telefoniczno – korespodencyjną znajomość.
Serce zaczęło jej bić jeszcze mocniej niż w chwili kiedy weszła do studia.
Mieszkała przecież na prowincji i chyba cudem udało się jej sprowadzić tu jego, niekwestionowaną gwiazdę, legendę od ponad 30 lat.
Za chwilę miało rozpocząć się spotkanie, na sali panował nastrój ogólnego podniecenia, a ona w kuluarach, towarzysząc mu w paleniu papierosa miała okazję obserwować starannie ukrywaną tremę.
Atmosfera na sali była od pierwszych chwil bardzo ciepła, a on okazał się cudownym showmanem, w najlepszym stylu bawiącym publiczność, szczerym, dowcipnym, ponad oczekiwanie sympatycznym. Podobał się, po prostu oczarował, nawet tych namówionych, którzy go nie znali wcześniej.
Była mu bezgranicznie wdzięczna, że jednak się zgodził na to spotkanie, co graniczyło z cudem na wstępie uzgodnień. Była mu wdzięczna podwójnie, bo
w przeddzień podobno zachorował i już był bliski telefonu, że nic z tego nie będzie. Ale był. Był i bawił. Bawił i wzruszał. Wzruszał i poruszał. Dawał kawałek siebie, czyli wielkiego, a na pewno większego świata. Był niepowtarzalny w swym niepodlegającym ocenie stylu, piękny w swoim naturalnym, osobistym uroku, czemu podlegali wszyscy, nie wyłączając jej, mimo, że musiała cały czas panować nad sytuacją. Nie mogła sobie pozwolić na chwilkę zapomnienia nawet wtedy, gdy pięknie dziękował za spotkanie, a ona wręczyła mu ogromny bukiet pięknych, pąsowych róż, ulubionych, osobiście wybranych. Róż, które dziś zasuszone, ostatecznie należą do niej.
Ze spotkania jechał na koncert, więc odwoziła go na dworzec. Nagle usłyszała że jest urocza. Komplement wypowiedziany został mimochodem, między informacjami o rychłej podróży do Londynu.
Zaproponował rychłe spotkanie, dając jej prywatny numer telefonu. Miała przy okazji przekazać plakat ze spotkania i drobny upominek, który otrzymywał każdy gość.
Na spotkanie przyjechał z ostentacyjną punktualnością. Wybiegł z samochodu, by bardzo serdecznie ją powitać, zupełnie inaczej niż w dzień pożegnania, tak jakby znali się latami. Zaprosił ją na obiad. Czas płynął astronomicznie szybko na wzajemnych zwierzeniach. Okazało się, że bardzo dużo ich łączy, pewnie równie dużo dzieliło. Ale umiał słuchać, słuchać w skupieniu i życzliwie. Zdecydowanie lubił też mówić, mówić dużo i nadzwyczaj szczerze, co dodatkowo odurzało. Nie zastanawiała się, czy wszystkim serwuje takie swoje osobiste dossieur, czy może stała się kimś na specjalnych warunkach, mogącym poznać niepoznane wszystkim tajemnice.
Po latach martwych, spopielałych, smutnych, czyżby była zakochana? Gdy go żegnała, czuła się tak, jakby uczestniczyła w jakimś metafizycznym przedstawieniu.
Po powrocie do domu, nie mogła się zupełnie odnaleźć, nie mogła spać, nie mogła skupić myśli na niczym, poza nim.
W rozmowie okazał się człowiekiem niepospolicie urokliwym, czułym, ciepłym, opiekuńczym, ale i człowiekiem skrajnych przeciwieństw.
Zanim to zwerbalizowała, zakochała się bez pamięci, zupełnie, totalnie. Czy
w chwili gdy chciała tego spotkania, by urozmaicić bezbarwny krajobraz kulturalny, mogła przypuszczać, że to tak się skończy ?
Przecież niejedno spotkanie było za nią, wcale nie mniej ekscytujące, ale żadne nie sięgało tak głęboko w nią, w jej osobowość, w jej obolałe, wystudzone wnętrze. Zupełnie nie miała pojęcia, że jest jeszcze zdolna do tak gwałtownych, młodzieńczych, tak, młodzieńczych uczuć. A on zdawał bawić się, zakamuflowany do ostatnich granic, nieodkryty, nierówny, może nawet chimeryczny. Otwarty, ale niedostępny, zadowolony, to znów zniechęcony; rozgadany, to znów milczący. I żadnych otwartych sygnałów uczuciowych. Pełna ciągłych domysłów, to chwytała się nadziei płynącej z propozycji, to staczała się na dno rozpaczy, gdy chłodno oświadczał, że w tym czasie będzie daleko. Niewiele od niego chciała. Nauczona kilkoma, wcale dobrymi doświadczeniami wiedziała jedno na pewno: nie wolno „czyhać”, nie wolno „chcieć zagarnąć”, nie wolno niczego sobie obiecywać. Trzeba czekać
i brać w czystej postaci to, co niesie chwila.
Nie planować, niczego nie narzucać, niczego nie oczekiwać. Trzeba cieszyć się otrzymanym, wolno być rozmarzonym, wolno być szczęśliwym.
Wprawdzie niewiele chciała, a udzielona sobie zgoda na rolę dziewczyny na godziny była suwerenna i przemyślana, to jednak cierpiała z powodu jego braku zaufania, podejrzliwości graniczącej z obłędem.
Bojąc się jego, bała się też siebie. A on, znakomicie wyczuwając te wszystkie nastroje, działał cały czas na swoją korzyść z dziecinnym niemal wdziękiem.
Był z nią, by być obok niej. Uczył, ale nie chciał sprawdzać efektów nauczania. Kochał, by udowadniać chłód uczuciowy. Ona wiedziała tak naprawdę tylko jedno, nie można go do niczego zmusić. Robi tylko to na co ma ochotę, jednocześnie tak kształtując swoje potrzeby, by udawały, że nimi nie są ... Kiedy do niego dzwoniła proponując spotkanie, zawsze musiała być w jednakowym stopniu przygotowana na akceptację jak i na odmowę.
Rozliczne zajęcia zawodowe stawiały go wobec różnych, czasowo rozrzuconych zadań, ale doskonale potrafił znaleźć dla siebie wolną chwilę, by się jej oddać i czerpać z niej jak ze źródła ... Jednak lubił stwarzać pozory wielkiego opętania pracą, co odbierała jako rodzaj kamuflażu, strachu przed okazaniem podporządkowania się także naturalnym potrzebom.
Obserwowała jak od czasu do czasu jego skorupa pęka i powoduje dopływ powietrza do wnętrza, lecz tylko po to by zasklepić się mocniej.
Chwile bliskości dawały ogromną, wzajemną satysfakcję, były zdumiewająco jednorodne, ujawniały wzajemne oczekiwania. Wtedy nie był egoistą, nie myślał wyłącznie o sobie, przeciwnie bardzo dbał by nic nie umknęło i harmonijnie się zamykało, by precyzyjnie razem zmienić wymiar i błądzić w nieznanym. Jego delikatność była zdumiewająca, tym bardziej im bardziej zdumiewające były jej efekty, nieoczekiwane i wystarczająco zaskakujące ich oboje. Był człowiekiem dojrzałym, trochę ode niej starszym, więc jego świadomość wzajemnych, intymnych relacji była na pewno już pełna. Umiał to wykorzystać, umiał z tego czerpać, umiał dawać siebie. Budził nieprzewidywalne, nieznane dotąd emocje, trudne do wyhamowania.
Jednak będąc ze sobą, byli obok siebie. Na jego wyraźne życzenie.
Stany przeżytego szczęścia ulatywały, stawały się sensualną efemerydą, a bycie razem było chłodnym mijaniem bez dotyku, rozmowami, a często monologami, wspólnym posiłkiem.
Rozstanie zawsze było dla niej pełną niepokoju niewiadomą, czy jest to ostatnie spotkanie. Miotana tęsknotą między spotkaniami zawsze przypłacała stanem wewnętrznej histerii telefon do niego, a naładowane akumulatory gubiły swoją moc w przyśpieszonym tempie i nie potrafiły jej uspokoić przed kolejnym podniesieniem słuchawki. Zauważała, że zbyt często płacze, zbyt często czuje się opuszczona i samotna. Wprawdzie jego ciepło ubezwłasnowalniało, ale jego chłód hibernował. Rozczulała się nad sobą, bo nigdy nikt nie przytulał jej tak czule jak on. I tego najbardziej jej brakowało w tygodniach bez niego.
W dodatku przerastał ją dojrzałością, intelektem, samodyscypliną. Pragnęła być z nim, ale paraliżował ją strach, bo ją boleśnie przytłaczał. Jednocześnie nie mogła uwolnić się od uczucia, że stanowią odnalezione dwie połówki jabłka.
Pragnienie nie spełniło się, bo ostatecznie nie dopuścił jej do siebie.
Dotknęło ją to boleśniej niż sądziła. Jak łatwo słowem zabić.
Przestała rozumieć otaczający świat, miała bowiem wrażenie, że jest on za szklaną szybą, a widziane obrazy to nie rzeczywistość, tylko niemy film.
W rozsypanych myślach nic nie chciało się ułożyć w całość.
Nie dotykała bolesnych miejsc i zawieszona na linie tańczyła skupiona by nie spaść.
Nie wiedziała jak dalej żyć, bo nie umiała żyć w chwili, która trwała. Nigdy tak nie kochała. Choć kochała już całą sobą, silnie i zdawało się, że „na śmierć i życie”. Zresztą, podobno każda miłość jest pierwsza. Ta była cudem dorosłego życia.
Powinna być najszczęśliwszą istotą, którą los pomazał takim wyróżnieniem, tymczasem szczęścia i zachwytu nie mogła przełożyć na dialog, bo oto została sama.

Opowiadanie to ukazało się w częstochowskim kwartalniku kulturalnym "Aleje 3" nr 52 (X-XII)/2005