4 czerwca to dla mnie data szczególna. I wcale nie dlatego, że w 1989 r. z radością uczestniczyłam po raz pierwszy - w ogóle – w dodatku w wolnych wyborach, ale dlatego, że 15 lat wcześniej 4.06.1974 roku w piękny słoneczny dzień, broniłam pracy dyplomowej na kierunku opieka nad dzieckiem z zajęciami praktyczno-technicznymi, u promotora, który był pierwszym, najmłodszym (miał tylko 39 lat) rektorem nowopowołanej w 1971 roku w miejsce Studium Nauczycielskiego, Wyższej Szkoły Nauczycielskiej, doc. dra Mariana Jakubowskiego. Człowieka niepospolitego w każdym calu, mądrego, nadzwyczaj zdolnego, o wielkiej wyrafinowanej inteligencji, który językiem polskim władał jak Wołodyjowski szablą, wprawiając w zdumienie,
a często zakłopotanie swoich podwładnych, studentów, gości, interlokutorów. Był absolutnym mistrzem riposty, zgrabnej, zręcznej, często przewrotnej i niesamowicie wieloznacznej, co określało Jego szerokie horyzonty myślowe, renesansowy umysł, pozostawanie ponad podziałami ideowymi, a trzeba pamiętać, że działał i pracował w latach rozkwitu czasów jedynie słusznych z Gierkiem jako narodowym guru, kiedy powtarzano jak mantrę: „Wolno jest myśleć. Nie wolno jest tylko myśleć inaczej” (Żarko Petan). W praktyce znaczyło to, że formalnie musiał być członkiem PZPR, co wcale nie przekładało się na typowe w tym zakresie zachowanie wobec władzy. Rektor Jakubowski szanował przede wszystkim ludzi myślących „inaczej”, zwłaszcza kiedy przywiązani do odmienności myślenia konsekwentnie go preferowali. Potrafił wysłuchać z uwagą największych wrogów ideowych, bowiem w sposób niezwykle łatwy zjednywał sobie sympatię ludzi, jako człowiek otwarty, ciekawy świata i bez skłonności do odwetu.
A Jego mantrą były sentencje Stanisława Jerzego Leca: „nie wystarczy mówić do rzeczy - trzeba mówić do ludzi”, czy Karela Capka, że „tylko głupiec nie ma wątpliwości”.
Był też człowiekiem nieprzewidywalnym, bo np. przestrzegając służbowej elegancji, na moją
i moich kolegów obronę przybył w jasnych spodniach i bawełnianej koszulce polo, uprzednio instruując studentów o godnym wyglądzie zdającego. Na tym polegała jego przewrotność, jego chichot jako człowieka władzy, do której miał niesamowity dystans.
Był bardzo wymagającym partnerem, ale też posiadającym dar życzliwego słuchania, traktowania i pomagania osobom, które uznawał za zdolne. Lubił uczestniczyć w ich kreowaniu i w tym nie znosił sprzeciwu . Umiał wyzwalać pozytywną energię i wiarę w siebie bezinteresowną sympatią
i celną, choć bezpardonowo lapidarną oceną. Nie szanował ludzi uległych, miękkich, skłonnych do hipokryzji, dyspozycyjnych do bólu. Wtedy potrafił być bezwzględnym, zimnym, wykalkulowanym człowiekiem, ze skłonnością do złośliwego dokuczania, a nawet prześmiewania.
Nigdy nie zapomnę pierwszego z Nim spotkania, kiedy przyjechał prosto z Warszawy na spotkanie z bracią studencką, w ówczesnej auli WSN, przy dawnej Alei Zawadzkiego (dziś Armii Krajowej), kiedy to nikt specjalnie nie zauważył, niepozornego, podłysiałego blondyna
z wydatnym nosem, chętnie konwersującego z oczekującymi na spotkanie z Jego Magnificencją Rektorem nowej Alma Mater. I jakież było zdziwienie nas wszystkich kiedy ten już zaprzyjaźniony „kumpel” wszedł na scenę i nagle objawił nam się jako nasz rektor, zawstydzając wszystkich bezpośredniością, swobodą bycia, nienaganną, dowcipną i pełną polotu polszczyzną. Naturalność z jaką pełnił tą funkcję była wtedy czymś absolutnie niezwykłym i w pełni zaskakującym, nawet dla tych, którzy już mieli romans ze studiami.
Zadęcie i pompę zastąpił luzem, swobodą i ciepłym, trafnym dowcipem, choć faktem jest, że nie była to jeszcze oficjalna inauguracja roku akademickiego (pierwszy rok ze względów organizacyjnych zaczynał zajęcia już 15 września, krótko jeszcze obowiązywały dzwonki „na lekcje” i noszenie obuwia zmiennego, tak jak to było w przekształconym Studium Nauczycielskim!), a nieformalne spotkanie studentów nowopowołanej uczelni z jej pryncypałem. Niezależnie od wszystkiego, były to czasy dętej siermiężczyzny, a swada, ekokwencja , które przywiózł ze sobą były zupełnie nową jakością.
Zdobył sympatie wszystkich, głównie kobiet, bo szybko się okazało, że jest czuły na ich wdzięki, choć różnie się to kończyło dla samych zainteresowanych. Był rzutkim, skupionym na powiększaniu uczelni rektorem, ale np. świetnie się bawił na juvenaliach na pieczeniu barana, pomysłu mojego kolegi z grupy, nieżyjącego już Andrzeja Gąski (byłego pracownika dydaktycznego WSP w Opolu) i wcale Mu to nie przeszkadzało być surowym, wymagającym promotorem, dbającym o rozwój swoich podopiecznych przez wysokie wymagania źródłowo-bibliograficzne, które przy pisaniu pracy dyplomowej wskazywał osobiście w dużych ośrodkach bibliotecznych kraju.
Pot i łzy towarzyszące pisaniu pracy zostały nagrodzone pełną sympatii i empatii postawą rektora Jakubowskiego na obronie, kiedy stawała ona się bardziej rozmową o studiach i ich kresie niż faktyczną próbą weryfikowania nabytej wiedzy. Doskonale rozładowywał egzaminacyjny stres,
a jako świetny obserwator i wieloletni nauczyciel akademicki, umiał właściwie ocenić poziom przygotowania do pracy. Ci wszyscy, którzy się Go bali, a liczna była grupa takich ludzi (w pierwszym terminie nikt się do docenta Jakubowskiego na seminarium dyplomowe nie zapisał), potem nam „wybrańcom” przymuszonego losu zazdrościli. Nie tylko byliśmy pierwsi, ale
i mieliśmy atmosferę iście akademicką, sprzyjającą spokojnemu zdawaniu i obronie.
4 czerwca 2009 roku mija 35 rocznica tego pierwszego dyplomu, w grudniu 2009 roku 19 lat od chwili Jego śmierci. Zbudował, jak na owe czasy, dużą uczelnię humanistyczną, ale dziś już mało kto Go pamięta, częściej wspominając Jego słabości niż zasługi, a są one niepodważalne, tak jak niepodważalnym jest fakt, że już nigdy rektora takiego formatu uczelnia ta nie miała. Mam na myśli prawdziwie nieprzeciętną humanistyczną, renesansową osobowość, której nie ma potrzeby budować żadnego pomnika, bo siła emanująca z tej postaci obroni się sama.
Wspomnienie ukazało się w częstochowskim dwumiesięczniku kulturalnym "Aleje 3" nr 73 (V-VI)/2009
czwartek, 4 czerwca 2009
środa, 3 czerwca 2009
Mam dość! Refleksje na 3 czerwca 2009 roku
Nie mogę już tego wszystkiego słuchać! Mam dość!
Tak się składa, że we wrześniu 1980 roku tworzyłam Solidarność na uczelni,
w której pracuję 35 lat. Byłam wiceprzewodniczącą Komisji Zakładowej do chwili ogłoszenia stanu wojennego, kiedy to 13 grudnia 1981 roku, mając 4-letnie dziecko wyszłam z domu po 8.00 rano w "nieznane" by ratować wszelką dokumentację, w tym głównie osobową, naszej komisji. Mogłabym długo pisać o zwykłej organicznej pracy i działaniu w związku. Należę bowiem do tej grupy ludzi tworzących wolny związek zawodowy i działających tam z pełnym oddaniem, których nikt nigdy nie zauważył, a ewentualnymi naszymi osiągnięciami i sukcesami dzieliły się kreatury już po wygranych wyborach w czerwcu 1989 roku. Uznano, że wciąż zdelegalizowana Solidarność wraca do życia, za sprawą kilku nie mających nic wspólnego z czasem wrzesień 1980 - grudzień 1981 małych ludzi działających wyłącznie w imię swoich, partykularnych nie związkowych, interesów.
Będąc od 1991 roku na stanowisku dyrektora jednostki, nawet nie próbowałam ”wracać” na funkcję wiceprzewodniczącego, za to usiłowałam nawiązać kontakt z nowymi samozwańczymi
w pierwszym okresie władzami związkowymi uczelni jak i władzami centralnymi, z racji prób rozwiązywania problemów zawodowych, no i naturalnie dzielnie płaciłam składki.
O skutkach mojej przynależności w latach po czasach jedynie słusznych pisać nie muszę, bo myślę, że stała się ona udziałem wielu do mnie podobnych szeregowych działaczy i członków „naszej” Solidarności.
Zatem wypisałam się z towarzystwa adoracji Pięknego Mar(y)ana wyjątkowo butnego
i zarozumiałego, nie szanującego ludzi ówczesnego przewodniczącego. Dziś te wszystkie po- i przekrzykiwania się czy 4 czerwca 1989 rok to duży czy mniejszy i czyj sukces jest mi obcy, bo przez ponad półwiecze swojego życia nadal obserwuję, że Polakom najbardziej brakuje pokory
i samokrytyki.
Albo potrząsają szabelka, albo przypisują sobie rolę zbawców świata.
Uważam, że 4 czerwca to święto tych Polaków, którzy tego dnia poszli do urn wyborczych, czym spowodowali, że dziś Bracia mogą sobie przywłaszczać nie swoje osiągnięcia i sukcesy. Zbyt dobrze pamiętam kim byli w 1980 roku i co wtedy robili, a dziś najchętniej zrzucili by nawet Papieża z ołtarzy, byle tylko sobie przypisać fakt obalenia tzw. komunizmu!
I te wszystkie dęte obchody, te jakże polskie kłótnie, czy Gdańsk, Kraków czy Warszawa są żenujące! Te przedstawienia z ostentacyjnym wychodzeniem z Sejmu, jedynym miejscu, gdzie
w tym dniu Prezydent RP powinien być!
To wszystko bije po oczach li tylko megalomanią i zachwianiem równowagi w ocenie sytuacji. Warszawa jest stolicą Polski, w Warszawie mieści się Sejm RP, który oddał, czytaj przekazał władzę nowonarodzonym demokratom i tam powinny się skupić ewentualne obchody. Znacznie mądrzejszym byłoby zorganizowanie naszej niedouczonej w tych doskonałych „przewróconych” szkołach młodzieży zajęć z historii najnowszej w postaci spotkań z bohaterami tamtych dni, multimedialnych, merytorycznych odczytów i wycieczek, a nie celebrowanie czegoś, co niekoniecznie jest świętem celebrujących, a na pewno niektórych.
Dzielę się swoimi refleksjami, bo czuję się coraz bardziej obco w tym kraju i mimo, że "zbudowałam" (że tak nieskromnie powiem) cegiełkę tej naszej wciąż pseudo demokracji to trudno znieść te rzekomo merytoryczne i jedynie słuszne argumenty, to przypisywanie końcowi własnego nosa sukcesów, który jest sukcesem całkowicie zespołowym, szarych, zwykłych obywateli, a nie indywidualnym panów z dzisiejszego świecznika, na który wdrapali się po naszych plecach!
Tak się składa, że we wrześniu 1980 roku tworzyłam Solidarność na uczelni,
w której pracuję 35 lat. Byłam wiceprzewodniczącą Komisji Zakładowej do chwili ogłoszenia stanu wojennego, kiedy to 13 grudnia 1981 roku, mając 4-letnie dziecko wyszłam z domu po 8.00 rano w "nieznane" by ratować wszelką dokumentację, w tym głównie osobową, naszej komisji. Mogłabym długo pisać o zwykłej organicznej pracy i działaniu w związku. Należę bowiem do tej grupy ludzi tworzących wolny związek zawodowy i działających tam z pełnym oddaniem, których nikt nigdy nie zauważył, a ewentualnymi naszymi osiągnięciami i sukcesami dzieliły się kreatury już po wygranych wyborach w czerwcu 1989 roku. Uznano, że wciąż zdelegalizowana Solidarność wraca do życia, za sprawą kilku nie mających nic wspólnego z czasem wrzesień 1980 - grudzień 1981 małych ludzi działających wyłącznie w imię swoich, partykularnych nie związkowych, interesów.
Będąc od 1991 roku na stanowisku dyrektora jednostki, nawet nie próbowałam ”wracać” na funkcję wiceprzewodniczącego, za to usiłowałam nawiązać kontakt z nowymi samozwańczymi
w pierwszym okresie władzami związkowymi uczelni jak i władzami centralnymi, z racji prób rozwiązywania problemów zawodowych, no i naturalnie dzielnie płaciłam składki.
O skutkach mojej przynależności w latach po czasach jedynie słusznych pisać nie muszę, bo myślę, że stała się ona udziałem wielu do mnie podobnych szeregowych działaczy i członków „naszej” Solidarności.
Zatem wypisałam się z towarzystwa adoracji Pięknego Mar(y)ana wyjątkowo butnego
i zarozumiałego, nie szanującego ludzi ówczesnego przewodniczącego. Dziś te wszystkie po- i przekrzykiwania się czy 4 czerwca 1989 rok to duży czy mniejszy i czyj sukces jest mi obcy, bo przez ponad półwiecze swojego życia nadal obserwuję, że Polakom najbardziej brakuje pokory
i samokrytyki.
Albo potrząsają szabelka, albo przypisują sobie rolę zbawców świata.
Uważam, że 4 czerwca to święto tych Polaków, którzy tego dnia poszli do urn wyborczych, czym spowodowali, że dziś Bracia mogą sobie przywłaszczać nie swoje osiągnięcia i sukcesy. Zbyt dobrze pamiętam kim byli w 1980 roku i co wtedy robili, a dziś najchętniej zrzucili by nawet Papieża z ołtarzy, byle tylko sobie przypisać fakt obalenia tzw. komunizmu!
I te wszystkie dęte obchody, te jakże polskie kłótnie, czy Gdańsk, Kraków czy Warszawa są żenujące! Te przedstawienia z ostentacyjnym wychodzeniem z Sejmu, jedynym miejscu, gdzie
w tym dniu Prezydent RP powinien być!
To wszystko bije po oczach li tylko megalomanią i zachwianiem równowagi w ocenie sytuacji. Warszawa jest stolicą Polski, w Warszawie mieści się Sejm RP, który oddał, czytaj przekazał władzę nowonarodzonym demokratom i tam powinny się skupić ewentualne obchody. Znacznie mądrzejszym byłoby zorganizowanie naszej niedouczonej w tych doskonałych „przewróconych” szkołach młodzieży zajęć z historii najnowszej w postaci spotkań z bohaterami tamtych dni, multimedialnych, merytorycznych odczytów i wycieczek, a nie celebrowanie czegoś, co niekoniecznie jest świętem celebrujących, a na pewno niektórych.
Dzielę się swoimi refleksjami, bo czuję się coraz bardziej obco w tym kraju i mimo, że "zbudowałam" (że tak nieskromnie powiem) cegiełkę tej naszej wciąż pseudo demokracji to trudno znieść te rzekomo merytoryczne i jedynie słuszne argumenty, to przypisywanie końcowi własnego nosa sukcesów, który jest sukcesem całkowicie zespołowym, szarych, zwykłych obywateli, a nie indywidualnym panów z dzisiejszego świecznika, na który wdrapali się po naszych plecach!
piątek, 29 maja 2009
Cykl Listy do Klary: List do Niej (opowiadanie)
Droga Klaro!
Po długim namyśle doszłam do wniosku, że jesteś skrajnie wyczerpana. Niestety to widać, a mnie przykro o tym pisać. Pewnie znów mi zarzucisz zbytnią naturalizację, ale ja to odkryłam
z pewnym wstydem dla samej siebie.
Zapamiętałam Cię jako cudownego kompana i duszę towarzystwa. Piękną, kokieteryjną i zawsze uśmiechniętą. Smutki Ci się nie trzymały, na wszystko miałaś zawsze gotową, mniej lub bardziej zaskakującą, ale nieodmiennie dowcipną odpowiedź, a to, retuszuje do zera czujność. Dziś wiem, że była to „potęga charakteryzacji”, jak mawia pewien mój znajomy, czyli skrzętne ukrywanie prawdziwego, wcale nie takiego znów rozbawionego, oblicza.
Dopiero teraz, po krótkim pobycie u Ciebie, zauważyłam ten przejmujący smutek w Twojej twarzy. Powiedziałam Ci, że bardzo się zmieniłaś. Miejsce (pozornej) beztroski zajęła dojrzałość, powaga, jakby mrok...
To spotkanie ujawniło, że zapadasz się głęboko w siebie i coraz trudniej rozjaśnić Ci twarz promiennym uśmiechem.
Rano, gdy Cię zobaczyłam wyciszoną nocą, ale jeszcze nie ogrzaną (podgrzaną?) dniem, zobaczyłam wprawdzie piękną i lubianą buzię, ale jaką smutną... Była to gorzka iluminacja. Bo skąd ten smutek wyzierający z każdej Twojej tkanki? Czyżby brak poczucia bezpieczeństwa? Zmęczenie? Nadmiar zadań, które życie nam serwuje?
Miałaś i masz mi za złe, że ja mówię o swoich smutkach. Ale ja w ten sposób się oczyszczam, usuwam nadmiar złego powietrza. To nieprawda, że wszystko opowiadam, bo nie o wszystkim umiem i chcę powiedzieć.
Natomiast Ty kumulujesz w sobie, bo jak mówisz, nie umiesz się otwierać, a przeciwnie, zamykasz się w swej głębi. Nie chcę tu rozważać wyższości „otwierania” nad „zamykaniem”, ale nie jest wykluczone, że gdybyś usiadła z kimś, kogo uznałabyś za bliskiego (nie patrząc na zegarek, że mama, kolacja, pies...) i wyrzuciła z siebie te kłębiące się myśli, emocje i przemyślenia, to poczułabyś prawdziwe catharsis. A Ty zamiast tego, opowiadasz o lekach, które mają cudowną ozdrowieńczą moc, tylko zapominasz, że one zaczajają jeszcze głębszy strach i utrwalają smutek.
A Ty jesteś smutna. Zamyślona, patrząca w siebie i jakby tam, w swoim skołatanym wnętrzu, poszukująca rozwiązania. I z uporem dbasz o ową potęgę charakteryzacji, która w widoczny sposób Cię męczy, ale nawet nie próbujesz uruchomić mechanizmu, będącego wentylem bezpieczeństwa.
Pewnie błądzę, pewnie się tylko ślizgam po temacie, bo jest zbyt obszerny by go w całości objąć, ale nie mogę przestać o Tobie myśleć, ponieważ się o Ciebie boję. Choć wiem, że jesteś dzielna, że sobie poradzisz, że po chwili refleksji, siłą odruchu będziesz ciągnąć dalej.
W codziennym pędzie, nie masz czasu zwracać uwagi na to, co działa przeciw Tobie. Lubisz dominować i osiągać cel. Mówisz o sobie, że jesteś bardziej mężczyzną niż kobietą. A teraz czujesz się zmęczona i zaczynasz mieć dość tego co sama wygenerowałaś. Masz żal do najbliższych, że wszystko spada na Ciebie. Zastanów się, czy nie czas najwyższy na podział ról. Dłużej nie dasz rady, zresztą po co aż tak siebie eksploatować?
Pytasz dlaczego mąż Ci nie pomaga i chowa się za swoją pracą? Może dlatego, że od lat czuje się zdominowany, bo Ty i tak zrobisz (załatwisz) wszystko lepiej? Powiedziałaś, że wprawdzie przyjmuje wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, ale Ci to przeszkadza, bo czujesz się opuszczona. Ale być może On w ten sposób konkuruje z Tobą, by zwrócić na siebie Twoją uwagę
i zostać dostrzeżonym?
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że koniecznie powinnaś WSZYSTKO zostawić i złapać oddech, zregenerować siły do dalszego trwania, do rozwiązywania życiowych supełków. Zostawić zatem wszystkie obowiązki i wyjechać nad morze, poczuć jego metafizykę, pospacerować samotnie brzegiem, przemyśleć wszystko od nowa, zobaczyć co naprawdę ważne, a co trochę mniej... Zafundować sobie mały urlop, bo tylko w ten sposób jest szansa na odprężenie, na odreagowanie, na naładowanie akumulatorów.
I wyeliminowanie tego przeraźliwego smutku.
Łatwo radzić. Podobno dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane. Cisną się pod pióro same slogany, ograne przysłowia, cytaty. Pomagają na ułamek sekundy, ale prawdziwej ulgi nie przynoszą. Jednak ja wierzę, że wybierzesz opcję plus i znów Twoja buzia będzie pełna uśmiechu...
Twoja J.
Po długim namyśle doszłam do wniosku, że jesteś skrajnie wyczerpana. Niestety to widać, a mnie przykro o tym pisać. Pewnie znów mi zarzucisz zbytnią naturalizację, ale ja to odkryłam
z pewnym wstydem dla samej siebie.
Zapamiętałam Cię jako cudownego kompana i duszę towarzystwa. Piękną, kokieteryjną i zawsze uśmiechniętą. Smutki Ci się nie trzymały, na wszystko miałaś zawsze gotową, mniej lub bardziej zaskakującą, ale nieodmiennie dowcipną odpowiedź, a to, retuszuje do zera czujność. Dziś wiem, że była to „potęga charakteryzacji”, jak mawia pewien mój znajomy, czyli skrzętne ukrywanie prawdziwego, wcale nie takiego znów rozbawionego, oblicza.
Dopiero teraz, po krótkim pobycie u Ciebie, zauważyłam ten przejmujący smutek w Twojej twarzy. Powiedziałam Ci, że bardzo się zmieniłaś. Miejsce (pozornej) beztroski zajęła dojrzałość, powaga, jakby mrok...
To spotkanie ujawniło, że zapadasz się głęboko w siebie i coraz trudniej rozjaśnić Ci twarz promiennym uśmiechem.
Rano, gdy Cię zobaczyłam wyciszoną nocą, ale jeszcze nie ogrzaną (podgrzaną?) dniem, zobaczyłam wprawdzie piękną i lubianą buzię, ale jaką smutną... Była to gorzka iluminacja. Bo skąd ten smutek wyzierający z każdej Twojej tkanki? Czyżby brak poczucia bezpieczeństwa? Zmęczenie? Nadmiar zadań, które życie nam serwuje?
Miałaś i masz mi za złe, że ja mówię o swoich smutkach. Ale ja w ten sposób się oczyszczam, usuwam nadmiar złego powietrza. To nieprawda, że wszystko opowiadam, bo nie o wszystkim umiem i chcę powiedzieć.
Natomiast Ty kumulujesz w sobie, bo jak mówisz, nie umiesz się otwierać, a przeciwnie, zamykasz się w swej głębi. Nie chcę tu rozważać wyższości „otwierania” nad „zamykaniem”, ale nie jest wykluczone, że gdybyś usiadła z kimś, kogo uznałabyś za bliskiego (nie patrząc na zegarek, że mama, kolacja, pies...) i wyrzuciła z siebie te kłębiące się myśli, emocje i przemyślenia, to poczułabyś prawdziwe catharsis. A Ty zamiast tego, opowiadasz o lekach, które mają cudowną ozdrowieńczą moc, tylko zapominasz, że one zaczajają jeszcze głębszy strach i utrwalają smutek.
A Ty jesteś smutna. Zamyślona, patrząca w siebie i jakby tam, w swoim skołatanym wnętrzu, poszukująca rozwiązania. I z uporem dbasz o ową potęgę charakteryzacji, która w widoczny sposób Cię męczy, ale nawet nie próbujesz uruchomić mechanizmu, będącego wentylem bezpieczeństwa.
Pewnie błądzę, pewnie się tylko ślizgam po temacie, bo jest zbyt obszerny by go w całości objąć, ale nie mogę przestać o Tobie myśleć, ponieważ się o Ciebie boję. Choć wiem, że jesteś dzielna, że sobie poradzisz, że po chwili refleksji, siłą odruchu będziesz ciągnąć dalej.
W codziennym pędzie, nie masz czasu zwracać uwagi na to, co działa przeciw Tobie. Lubisz dominować i osiągać cel. Mówisz o sobie, że jesteś bardziej mężczyzną niż kobietą. A teraz czujesz się zmęczona i zaczynasz mieć dość tego co sama wygenerowałaś. Masz żal do najbliższych, że wszystko spada na Ciebie. Zastanów się, czy nie czas najwyższy na podział ról. Dłużej nie dasz rady, zresztą po co aż tak siebie eksploatować?
Pytasz dlaczego mąż Ci nie pomaga i chowa się za swoją pracą? Może dlatego, że od lat czuje się zdominowany, bo Ty i tak zrobisz (załatwisz) wszystko lepiej? Powiedziałaś, że wprawdzie przyjmuje wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, ale Ci to przeszkadza, bo czujesz się opuszczona. Ale być może On w ten sposób konkuruje z Tobą, by zwrócić na siebie Twoją uwagę
i zostać dostrzeżonym?
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że koniecznie powinnaś WSZYSTKO zostawić i złapać oddech, zregenerować siły do dalszego trwania, do rozwiązywania życiowych supełków. Zostawić zatem wszystkie obowiązki i wyjechać nad morze, poczuć jego metafizykę, pospacerować samotnie brzegiem, przemyśleć wszystko od nowa, zobaczyć co naprawdę ważne, a co trochę mniej... Zafundować sobie mały urlop, bo tylko w ten sposób jest szansa na odprężenie, na odreagowanie, na naładowanie akumulatorów.
I wyeliminowanie tego przeraźliwego smutku.
Łatwo radzić. Podobno dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane. Cisną się pod pióro same slogany, ograne przysłowia, cytaty. Pomagają na ułamek sekundy, ale prawdziwej ulgi nie przynoszą. Jednak ja wierzę, że wybierzesz opcję plus i znów Twoja buzia będzie pełna uśmiechu...
Twoja J.
czwartek, 28 maja 2009
Rocznica - (opowiadanie)
Od kilku dni odczuwała podświadomy lęk. Choć bardzo starannie to ukrywała, demony przeszłości nie pozwalały o sobie zapomnieć, a ona wiedziała dlaczego. Właśnie minęła czwarta rocznica ich poznania. Czwarta rocznica bolesnego rozrywania siebie, pomiędzy jego, a swój, od dawna zbudowany dom. Czwarta rocznica uległości wobec kogoś, kto urokiem i przebiegłością doprowadził do długo nieuświadamianego stopnia przywiązania. Czwarta rocznica niepotrzebnego czekania i trwania w miłosnym amoku. Czwarta rocznica jej nieustającej wiary w realizację jego obietnicy bycia razem. Czwarta rocznica jej słabości, a jego triumfu nad jej brakiem charakteru. Czwarta rocznica, której miało nie być, bo dwa miesiące wcześniej zamierzała z nim zerwać raz na zawsze. Ale on się nie zgodził się, a ona przyjęła to z ulgą...
Data, która stała się dla niej najważniejszą w życiu, aktualnie stała się źródłem niekończącego się cierpienia, cierpienia które, co tu dużo mówić, sama sobie zafundowała.
Znaczyła dla niej bowiem tą nieoczekiwaną zupełnie zmianę, znaczyła nową miłość, znaczyła obecność kogoś, kto wypełnił tak szczelnie, że aż hermetycznie jej świat... Był dla niej wszystkim. Dniem, nocą, słońcem i cieniem... Grudniem i majem...Płaczem i śmiechem...
Gdy był obok, wdychała jego zapach, by nabrać sił na dni bez niego...
Jak małe dziecko, patrząc mu prosto w oczy, lubiła słuchać gdy mówił jak ważna jest w jego życiu, jak świat krąży wokół niej, ile dla niego znaczy...
Dlatego czuła ból, gdy beztrosko, z dziecinnym wdziękiem zapominał o tej, łączącej ich, dacie...
A przecież przez cztery lata zapomniał cztery razy.
Egoistycznie nie zgodził się na rozstanie, bo nie starał się zrozumieć jak bardzo jest jej przykro, że nie dotrzymuje słowa, jak rozrasta się w niej poczucie winy, jak mdli ją od wyrzutów sumienia, jak kurczy się pod własną podłością.
A do niej powoli docierała wszechogarniająca świadomość, że on tak naprawdę wcale nie chciał, by byli razem, razem na zawsze. On tylko mówił, że chce. Wyznaczył termin rozstrzygnięcia, ale konsekwentnie go unikał. Przecież musiałby zrezygnować z tego co w jego życiu okazuje się ważniejsze od niej, z książek, obrazów, zegarów i innych dóbr dotychczas zdobytych... Chyba to przeczuwała od początku, ale nie chciała w to wierzyć, wolała puste obietnice, nic w rezultacie nie znaczące w tej czteroletniej znajomości. Prosiła by jej nie oszukiwał, by podjął decyzję, jakąkolwiek, ale decyzję, która roztrzygałaby jej sytuację. On wprawdzie zapewniał, że chce by byli razem, ale dalej bawił się podwójnym życiem, po mistrzowsku łącząc dwie prawdy – tę obiektywną z tą życzeniową. Z przykrością konstatowała własną naiwność i jego pewność siebie.
Zrozumiała, że nie kocha jej, tylko życiowe imponderabilia, to co sprawiało mu przyjemność, a nie to co miało znaczyć ich wspólną radość.
Pełna goryczy myślała o tym, że jest dziewczyną tylko na godziny, dziewczyną na porcję erotycznych doznań. Działał jak pogotowie ratunkowe, ale jego rola jest przecież doraźna, a to w rezultacie prowadziło do zwiększania cierpiącemu złudzeń.
Coraz przejrzyściej widziała, że jego postawa boli ją od dawna, właściwie chyba od początku...?
A może od chwili kiedy zupełnie nieodpowiedzialnie zaczął planować to, co nigdy nie miało się zdarzyć? Gdy zrozumiał, co obiecał, bez komentarza, zwyczajnie się wycofał.
Zaczęła zdecydowanie zadawać sobie pytanie: jak można normalnie funkcjonować w anormalnych warunkach? Co z tego, że zawsze podkreślał, że obu stronom ma być dobrze, mają się wzajem uzupełniać, skoro po mistrzowsku tylko brał i zabierał to, co obiecał dać?
Czas trwania, jest czasem życia. Ale życie to niekoniecznie trwanie, tak więc obudzony lęk wyzwolił w niej siłę powrotu do życia. Wolała być sama, niż oddawać siebie po kawałku.
Przemyślała swoje wątpliwości kolejny raz i kolejny raz zobaczyła siebie w krzywym zwierciadle jego kłamstw. Podjęła decyzję. Lęki miną, a ona będzie wolna.
Opowiadanie to ukazało się w częstochowskim dwumiesięczniku kulturalnym "Aleje 3" nr 53 (I-II)/2006
Data, która stała się dla niej najważniejszą w życiu, aktualnie stała się źródłem niekończącego się cierpienia, cierpienia które, co tu dużo mówić, sama sobie zafundowała.
Znaczyła dla niej bowiem tą nieoczekiwaną zupełnie zmianę, znaczyła nową miłość, znaczyła obecność kogoś, kto wypełnił tak szczelnie, że aż hermetycznie jej świat... Był dla niej wszystkim. Dniem, nocą, słońcem i cieniem... Grudniem i majem...Płaczem i śmiechem...
Gdy był obok, wdychała jego zapach, by nabrać sił na dni bez niego...
Jak małe dziecko, patrząc mu prosto w oczy, lubiła słuchać gdy mówił jak ważna jest w jego życiu, jak świat krąży wokół niej, ile dla niego znaczy...
Dlatego czuła ból, gdy beztrosko, z dziecinnym wdziękiem zapominał o tej, łączącej ich, dacie...
A przecież przez cztery lata zapomniał cztery razy.
Egoistycznie nie zgodził się na rozstanie, bo nie starał się zrozumieć jak bardzo jest jej przykro, że nie dotrzymuje słowa, jak rozrasta się w niej poczucie winy, jak mdli ją od wyrzutów sumienia, jak kurczy się pod własną podłością.
A do niej powoli docierała wszechogarniająca świadomość, że on tak naprawdę wcale nie chciał, by byli razem, razem na zawsze. On tylko mówił, że chce. Wyznaczył termin rozstrzygnięcia, ale konsekwentnie go unikał. Przecież musiałby zrezygnować z tego co w jego życiu okazuje się ważniejsze od niej, z książek, obrazów, zegarów i innych dóbr dotychczas zdobytych... Chyba to przeczuwała od początku, ale nie chciała w to wierzyć, wolała puste obietnice, nic w rezultacie nie znaczące w tej czteroletniej znajomości. Prosiła by jej nie oszukiwał, by podjął decyzję, jakąkolwiek, ale decyzję, która roztrzygałaby jej sytuację. On wprawdzie zapewniał, że chce by byli razem, ale dalej bawił się podwójnym życiem, po mistrzowsku łącząc dwie prawdy – tę obiektywną z tą życzeniową. Z przykrością konstatowała własną naiwność i jego pewność siebie.
Zrozumiała, że nie kocha jej, tylko życiowe imponderabilia, to co sprawiało mu przyjemność, a nie to co miało znaczyć ich wspólną radość.
Pełna goryczy myślała o tym, że jest dziewczyną tylko na godziny, dziewczyną na porcję erotycznych doznań. Działał jak pogotowie ratunkowe, ale jego rola jest przecież doraźna, a to w rezultacie prowadziło do zwiększania cierpiącemu złudzeń.
Coraz przejrzyściej widziała, że jego postawa boli ją od dawna, właściwie chyba od początku...?
A może od chwili kiedy zupełnie nieodpowiedzialnie zaczął planować to, co nigdy nie miało się zdarzyć? Gdy zrozumiał, co obiecał, bez komentarza, zwyczajnie się wycofał.
Zaczęła zdecydowanie zadawać sobie pytanie: jak można normalnie funkcjonować w anormalnych warunkach? Co z tego, że zawsze podkreślał, że obu stronom ma być dobrze, mają się wzajem uzupełniać, skoro po mistrzowsku tylko brał i zabierał to, co obiecał dać?
Czas trwania, jest czasem życia. Ale życie to niekoniecznie trwanie, tak więc obudzony lęk wyzwolił w niej siłę powrotu do życia. Wolała być sama, niż oddawać siebie po kawałku.
Przemyślała swoje wątpliwości kolejny raz i kolejny raz zobaczyła siebie w krzywym zwierciadle jego kłamstw. Podjęła decyzję. Lęki miną, a ona będzie wolna.
Opowiadanie to ukazało się w częstochowskim dwumiesięczniku kulturalnym "Aleje 3" nr 53 (I-II)/2006
piątek, 22 maja 2009
Lubię... (opowiadanie)
Lubię poznawać nowych ludzi, pociąga mnie ich tajemniczość, odmienność, głębia charakterologiczna, bo lubię pokonywać labirynty ich osobowości. Lubię bronić swoich przekonań, bo uważam, że stanowią niezbędne moralne wiano oraz samopotwierdzanie się, wywodzące się wprost
z kompleksu małej wartości, który czasem mam za sobą, a czasem nadal mnie prześladuje.
Bronię zatem swojego terytorium osobistego mówiąc, że nie wpadnę
np. w spiralę zaborczości, bo sama mam bardzo głęboko zakodowane poczucie własnej wolności. Nigdy nikt z mojego otoczenia nie był przeze mnie „skonfiskowany”. Myślę raczej, że wszystkim pozostawiam zbyt wiele swobody i że raczej tu tkwi problem.
Właśnie A. zrobił ze mnie przedmiot do zabaw seksualnych, a ja początkowo niezadowolona, usiłowałam bronić naszej maleńkiej wspólnoty, lecz niestety bezskutecznie. Długie rozmowy, próby wyjaśniania do czego potrzebne jest mi telefoniczne dzień dobry, dlaczego nie zamierzam przemykać się pod dywanem, nie dały rezultatów. Musiałam pogodzić się z faktem, że jeśli chce się z nim spotykać – a chcę – to muszę przyjąć jego warunki. No bo jeśli nie ma co do tego porozumienia, to wygrywa jedna strona, albo druga, ale nie ma związku. Spasowałam zatem w swoich i tak minimalnych wymaganiach, dotyczących głównie formy kontaktów, ale nie ukrywam, trochę mnie to kosztowało. No i spotykam się z nim nadal, mam to co chcę, czyli dużo namiętności, a na resztę jest opuszczona zasłona. Na szczęście mamy o czym mówić, bo to ciekawy świata, inteligentny facet.
Choć niekoniecznie nie ma rezultatów, bo on zaczyna odkrywać uroki słów „tęsknię za tobą”, „już tylko 4 tygodnie do naszego spotkania”, co niedawno graniczyło z apage satanas. Wczoraj z największym osłupieniem odebrałam takiego e mail’a. Nie ukrywam było mi bardzo miło, bo sprowadzona do przedmiotowej postaci, musiałam w sobie zamrozić ciągoty do takiego może i pustego, ale jakże potrzebnego „gadania”. A. ma podejście iście filozoficzne do życia i gdyby nie silna fizyczność, to stałby się absolutnym ascetą, żyjącym w świecie korzonków i bez kobiet. Uważam, powtarzałam mu to zawsze, że na szczęście składamy się z dwóch postaci, duchowej i fizycznej, ale największa radość polega na harmonijnym ich łączeniu.
Ja nauczyłam się mówić o uczuciach, bo tak jak kiedyś przeczytałam, skąd dziecko, rodzice, mąż, partner ma wiedzieć o naszych do nich uczuciach?
A. walczy z taką werbalizacją, bo uważa, że skoro chce się ze mną spotkać, to już nie musi mówić, że chce. To jego zdaniem wynika samo z siebie.
A przecież komunikujemy się za pomocą języka, w którym są setki słów na opisanie naszych emocji i uczuć. Dlatego warto korzystać z „rady” sentencji
„nigdy nie przegap okazji, żeby powiedzieć komuś, że go kochasz” i po prostu tego słowa używać. Nie wstydzę się tego, bo w ten sposób walczę ze stereotypami zachowań, które były modne za czasów moich dziadków.
Dziś z każdej gazety dowiadujesz się, że mężczyzna po to daje ci numer telefonu, byś do niego zadzwoniła; że nieśmiałość mężczyzn sięga tak głęboko, że koniecznie należy ich ośmielać proponując niekoniecznie spacer...
Nie twierdzę, że popieram te kulturowe zmiany od a do z, bo zdecydowanie nie, ale te sztywne przedwojenne karby też nie są moimi ulubionymi...
Idąc za sentencją nie szarżuję słowem „kocham”, używam go bardzo oszczędnie choć przecież jest takim samym „komunikatem” jak „ogień jest gorący, a lód jest zimny, czy ładną mamy dziś pogodę”. Myślę, że nie warto by powszedniało, było nadużywane, poddało się mimowolnej deprecjacji. Myślę, że warto go ostrożnie dawkować.
Poza tym dla mnie miłość ma jednak element racjonalny, czyli jest w pełni świadomym wyborem ograniczenia własnej wolności na rzecz osoby kochanej, wybierania ścieżek porozumiewania się bez ran, wzajemnego zrozumienia i tolerancji. Miłość ślepa, egoistyczna, zaborcza jest mi obca. To uczucie uważam za najważniejsze, ale nie za podstawę do licytacji i targów.
Dziś prześladuje mnie uczucie straty uciekającego czasu. Gdy byłam młoda, mogłam czekać, dziś na czekanie po prostu nie mam czasu. Staję przed wyborem, albo korzystam z sytuacji, albo ona się już nie zdarzy.
Jest to dość bolesna, za to precyzyjnie określona alternatywa.
Trudno będąc dojrzałym w niekończoność marzyć o młodzieńczych ideałach. Opcje się zmieniają i właściwie albo się podporządkujesz losowi, albo możesz zostać samotnym na własne żądanie.
Wybieram zatem eksperymenty, nie robię sobie wyrzutów i nie mam do siebie pretensji, jeśli coś nie jest zgodne z oczekiwaniami. Carpe diem. I tyle.
W każdym z nas jest marzenie o tej jedynej, spełnionej miłości, która nie omija nas (mnie, ciebie) jako wybrańców losu. Rzeczywistość, która skrzeczy, jak niezwykle słusznie zauważał Wyspiański, niestety szybciej niż byśmy chcieli uświadamia nam, że to nieprawda. Ale pragnienie miłości, marzenia o niej, jej przeczucie zostaje w nas na zawsze. I borykamy się z tym oczekiwaniem, nieodwzajemnionym spełnieniem lub jej brakiem. I w zależności od naszej kondycji psychicznej albo popadamy w frustrację, albo małpujemy udając wieczne szczęście, albo podążamy drogą statecznego pogodzenia się z losem.
z kompleksu małej wartości, który czasem mam za sobą, a czasem nadal mnie prześladuje.
Bronię zatem swojego terytorium osobistego mówiąc, że nie wpadnę
np. w spiralę zaborczości, bo sama mam bardzo głęboko zakodowane poczucie własnej wolności. Nigdy nikt z mojego otoczenia nie był przeze mnie „skonfiskowany”. Myślę raczej, że wszystkim pozostawiam zbyt wiele swobody i że raczej tu tkwi problem.
Właśnie A. zrobił ze mnie przedmiot do zabaw seksualnych, a ja początkowo niezadowolona, usiłowałam bronić naszej maleńkiej wspólnoty, lecz niestety bezskutecznie. Długie rozmowy, próby wyjaśniania do czego potrzebne jest mi telefoniczne dzień dobry, dlaczego nie zamierzam przemykać się pod dywanem, nie dały rezultatów. Musiałam pogodzić się z faktem, że jeśli chce się z nim spotykać – a chcę – to muszę przyjąć jego warunki. No bo jeśli nie ma co do tego porozumienia, to wygrywa jedna strona, albo druga, ale nie ma związku. Spasowałam zatem w swoich i tak minimalnych wymaganiach, dotyczących głównie formy kontaktów, ale nie ukrywam, trochę mnie to kosztowało. No i spotykam się z nim nadal, mam to co chcę, czyli dużo namiętności, a na resztę jest opuszczona zasłona. Na szczęście mamy o czym mówić, bo to ciekawy świata, inteligentny facet.
Choć niekoniecznie nie ma rezultatów, bo on zaczyna odkrywać uroki słów „tęsknię za tobą”, „już tylko 4 tygodnie do naszego spotkania”, co niedawno graniczyło z apage satanas. Wczoraj z największym osłupieniem odebrałam takiego e mail’a. Nie ukrywam było mi bardzo miło, bo sprowadzona do przedmiotowej postaci, musiałam w sobie zamrozić ciągoty do takiego może i pustego, ale jakże potrzebnego „gadania”. A. ma podejście iście filozoficzne do życia i gdyby nie silna fizyczność, to stałby się absolutnym ascetą, żyjącym w świecie korzonków i bez kobiet. Uważam, powtarzałam mu to zawsze, że na szczęście składamy się z dwóch postaci, duchowej i fizycznej, ale największa radość polega na harmonijnym ich łączeniu.
Ja nauczyłam się mówić o uczuciach, bo tak jak kiedyś przeczytałam, skąd dziecko, rodzice, mąż, partner ma wiedzieć o naszych do nich uczuciach?
A. walczy z taką werbalizacją, bo uważa, że skoro chce się ze mną spotkać, to już nie musi mówić, że chce. To jego zdaniem wynika samo z siebie.
A przecież komunikujemy się za pomocą języka, w którym są setki słów na opisanie naszych emocji i uczuć. Dlatego warto korzystać z „rady” sentencji
„nigdy nie przegap okazji, żeby powiedzieć komuś, że go kochasz” i po prostu tego słowa używać. Nie wstydzę się tego, bo w ten sposób walczę ze stereotypami zachowań, które były modne za czasów moich dziadków.
Dziś z każdej gazety dowiadujesz się, że mężczyzna po to daje ci numer telefonu, byś do niego zadzwoniła; że nieśmiałość mężczyzn sięga tak głęboko, że koniecznie należy ich ośmielać proponując niekoniecznie spacer...
Nie twierdzę, że popieram te kulturowe zmiany od a do z, bo zdecydowanie nie, ale te sztywne przedwojenne karby też nie są moimi ulubionymi...
Idąc za sentencją nie szarżuję słowem „kocham”, używam go bardzo oszczędnie choć przecież jest takim samym „komunikatem” jak „ogień jest gorący, a lód jest zimny, czy ładną mamy dziś pogodę”. Myślę, że nie warto by powszedniało, było nadużywane, poddało się mimowolnej deprecjacji. Myślę, że warto go ostrożnie dawkować.
Poza tym dla mnie miłość ma jednak element racjonalny, czyli jest w pełni świadomym wyborem ograniczenia własnej wolności na rzecz osoby kochanej, wybierania ścieżek porozumiewania się bez ran, wzajemnego zrozumienia i tolerancji. Miłość ślepa, egoistyczna, zaborcza jest mi obca. To uczucie uważam za najważniejsze, ale nie za podstawę do licytacji i targów.
Dziś prześladuje mnie uczucie straty uciekającego czasu. Gdy byłam młoda, mogłam czekać, dziś na czekanie po prostu nie mam czasu. Staję przed wyborem, albo korzystam z sytuacji, albo ona się już nie zdarzy.
Jest to dość bolesna, za to precyzyjnie określona alternatywa.
Trudno będąc dojrzałym w niekończoność marzyć o młodzieńczych ideałach. Opcje się zmieniają i właściwie albo się podporządkujesz losowi, albo możesz zostać samotnym na własne żądanie.
Wybieram zatem eksperymenty, nie robię sobie wyrzutów i nie mam do siebie pretensji, jeśli coś nie jest zgodne z oczekiwaniami. Carpe diem. I tyle.
W każdym z nas jest marzenie o tej jedynej, spełnionej miłości, która nie omija nas (mnie, ciebie) jako wybrańców losu. Rzeczywistość, która skrzeczy, jak niezwykle słusznie zauważał Wyspiański, niestety szybciej niż byśmy chcieli uświadamia nam, że to nieprawda. Ale pragnienie miłości, marzenia o niej, jej przeczucie zostaje w nas na zawsze. I borykamy się z tym oczekiwaniem, nieodwzajemnionym spełnieniem lub jej brakiem. I w zależności od naszej kondycji psychicznej albo popadamy w frustrację, albo małpujemy udając wieczne szczęście, albo podążamy drogą statecznego pogodzenia się z losem.
czwartek, 21 maja 2009
Ach to nieznośne "aaammm..." czyli list do Kamila Durczoka
Dzień dobry Panu!
Od jakiegoś czasu zbieram się, żeby do Pana napisać, bo coraz gorzej znoszę Pańskie, moim zdaniem, nieprofesjonalne zachowanie wobec interlokutorów zapraszanych do rozmów
w "Faktach po faktach".
Przede wszystkim przerywanie wpół zdania (na które epidemicznie chorują wszyscy dziennikarze wszystkich stacji), kiedy mówiący jeszcze nie zdążył wypowiedzieć pierwszego zdania, a Pan już wtrąca swoje "trzy grosze". Poza tym czyni Pan wszystko, by dojśc do wniosku, że wywiad przeprowadza Pan nie z zaproszonym gościem, a sam z sobą!
Zadając pytania powinien Pan nie tylko ograniczyć (a właściwie wytępić) wstrętne amerykańskie "aaammm" ale i "filozoficzne" wywody, które być może
w Pańskim przekonaniu dodają Panu politycznego splendoru, a są zwyczajnie nie na miejscu
w tym miejscu, czyli w "Faktach po faktach", który to program, jak rozumiem, ma być prezentacją komentarza (monologu) pytanego, nie pytającego.
A może niech twórcy TVN 24 dadzą Panu czas antenowy na swój autorski program i wtedy będzie Pan mógł się dowolnie tam wyżywać?
Mam takie nieodparte wrażenie, że zdemoralizowały Pana nagrody i skłonność do zarozumialstwa. Nadużywa Pan roli dziennikarza telewizyjnego, by prezentować się w roli mentora, do której na razie Pan po prostu nie dorasta. Mentorem to może być Prof. Władysław Bartoszewski, czy był Prof. Bronisław Geremek. Polska polityka jest wystarczajaco nabuzowana osobami, którym się zdaje, że zjedli wszystkie rozumy, wszystko wiedzą i w dodatku na wszystko mają patent, tymczasem "rzeczywistość skrzeczy", jak pisał Wyspiański, co świetnie było widać we wczorajszym w programie, kiedy bzdurzył trzy po trzy poseł Tadeusz Cymański wszystkich "ucząc" kultury, której nadmiaru sam nie posiada i któremu Pan nie przerywał, a gdy dzień wcześniej wypowiadał się były Prezydent Aleksander Kwasniewski, nie mógł zakończyć jednego zdania, bo Pan Mu na to nie pozwolił. Milczeniem pominę fakt, że bądź co bądź to były prezydent, w dodatku zawsze z klasą i nieagresywny w sformułowaniach.
Natomiast Julia Pitera jako polonistka powinna bardziej zwracać uwagę na czystość swojego języka polskiego, niż w kółko zwracać wszystkim uwagi i oceniać wszystkich jako, delikatnie mówiąc, niemerytorycznych. Też nie miała ani nic nowego ani specjalnie mądrego do powiedzenia oprócz populistycznych sloganów, a Pan słuchał jak zaczarowany, nie ośmielając się Jej przerwać.
"Papier" internetowy jest cierpliwy tak samo cierpliwy jak "zwykły" i wszystko przyjmie, ten list też, ale pewnie dalej będę się zżymać oglądając "Fakty po faktach", które Pan prowadzi
i zaczyna od ... "aaammm", nazbyt rozbudowanych do roli komentarza pytanio-odpowiedzi
i nieustannego przerywania.
Nie podoba mi się to i postanowiłam się tymi uwagami z Panem podzielić, bo czasem warto odkurzyć pokorę, zapomnieć o nagrodach i nadal ćwiczyć swoją zawodową klasę, czego życząc, pozostaję z szacunkiem.
Od jakiegoś czasu zbieram się, żeby do Pana napisać, bo coraz gorzej znoszę Pańskie, moim zdaniem, nieprofesjonalne zachowanie wobec interlokutorów zapraszanych do rozmów
w "Faktach po faktach".
Przede wszystkim przerywanie wpół zdania (na które epidemicznie chorują wszyscy dziennikarze wszystkich stacji), kiedy mówiący jeszcze nie zdążył wypowiedzieć pierwszego zdania, a Pan już wtrąca swoje "trzy grosze". Poza tym czyni Pan wszystko, by dojśc do wniosku, że wywiad przeprowadza Pan nie z zaproszonym gościem, a sam z sobą!
Zadając pytania powinien Pan nie tylko ograniczyć (a właściwie wytępić) wstrętne amerykańskie "aaammm" ale i "filozoficzne" wywody, które być może
w Pańskim przekonaniu dodają Panu politycznego splendoru, a są zwyczajnie nie na miejscu
w tym miejscu, czyli w "Faktach po faktach", który to program, jak rozumiem, ma być prezentacją komentarza (monologu) pytanego, nie pytającego.
A może niech twórcy TVN 24 dadzą Panu czas antenowy na swój autorski program i wtedy będzie Pan mógł się dowolnie tam wyżywać?
Mam takie nieodparte wrażenie, że zdemoralizowały Pana nagrody i skłonność do zarozumialstwa. Nadużywa Pan roli dziennikarza telewizyjnego, by prezentować się w roli mentora, do której na razie Pan po prostu nie dorasta. Mentorem to może być Prof. Władysław Bartoszewski, czy był Prof. Bronisław Geremek. Polska polityka jest wystarczajaco nabuzowana osobami, którym się zdaje, że zjedli wszystkie rozumy, wszystko wiedzą i w dodatku na wszystko mają patent, tymczasem "rzeczywistość skrzeczy", jak pisał Wyspiański, co świetnie było widać we wczorajszym w programie, kiedy bzdurzył trzy po trzy poseł Tadeusz Cymański wszystkich "ucząc" kultury, której nadmiaru sam nie posiada i któremu Pan nie przerywał, a gdy dzień wcześniej wypowiadał się były Prezydent Aleksander Kwasniewski, nie mógł zakończyć jednego zdania, bo Pan Mu na to nie pozwolił. Milczeniem pominę fakt, że bądź co bądź to były prezydent, w dodatku zawsze z klasą i nieagresywny w sformułowaniach.
Natomiast Julia Pitera jako polonistka powinna bardziej zwracać uwagę na czystość swojego języka polskiego, niż w kółko zwracać wszystkim uwagi i oceniać wszystkich jako, delikatnie mówiąc, niemerytorycznych. Też nie miała ani nic nowego ani specjalnie mądrego do powiedzenia oprócz populistycznych sloganów, a Pan słuchał jak zaczarowany, nie ośmielając się Jej przerwać.
"Papier" internetowy jest cierpliwy tak samo cierpliwy jak "zwykły" i wszystko przyjmie, ten list też, ale pewnie dalej będę się zżymać oglądając "Fakty po faktach", które Pan prowadzi
i zaczyna od ... "aaammm", nazbyt rozbudowanych do roli komentarza pytanio-odpowiedzi
i nieustannego przerywania.
Nie podoba mi się to i postanowiłam się tymi uwagami z Panem podzielić, bo czasem warto odkurzyć pokorę, zapomnieć o nagrodach i nadal ćwiczyć swoją zawodową klasę, czego życząc, pozostaję z szacunkiem.
czwartek, 14 maja 2009
Marząc... (opowiadanie)
Po latach gonitwy i samotnego pokonywania trudności (co jest na pewno sprawdzianem własnych możliwości), wyjechałam nad morze, na pierwszy po 10-ciu latach urlop. Morze, które uwielbiam, ma dla mnie nieprzeniknioną metafizykę. Dwa, trzy razy dziennie, po kilka kilometrów chodziłam na długie myślowe spacery i wymywałam z siebie szlam dnia codziennego.
Bardzo lubię te samotne wyprawy w głąb siebie. Pozwalają mi lepiej rozumieć świat, powoli porządkować wydarzenia, wyraźniej czuć.
Zanurzałam się w siebie, by móc spokojnie oddzielić to co ważne od tego co zbędne i przynosić z nich garść pouczających reminiscencji.
Po tygodniu wpuściłam do swego życia mężczyznę, którego wprawdzie nie kochałam, ale który fantastycznie zrekompensował mi brak uczucia nieznanymi dotąd doznaniami, także po ponad 3 tygodniach wypoczynku wróciłam jak nowa.
Wracam do tamtych dni często z rozmarzeniem, bo zamyślam wyjechać na kolejny, długo wyczekany urlop. Znów pojadę sama i znów będę spoglądać w dal i w siebie. I może znów uda mi się wpuścić do swojego życia mężczyznę, który wypełni trwającą od lat pustkę po rozstaniu z tym jedynym.
Nie ukrywam, mam „ochotę na chwileczkę zapomnienia”, bo ostatnio bardzo skutecznie moją wyobraźnię rozbudził pewien wysoki, przystojny, elokwentny flirciarz, który starannie buduje swoją atrakcyjność w moich oczach, dozuje atuty, roztacza wizję radości z bliżej nieokreślonej wspólnoty.
A ja... no cóż ja, natychmiast się rozmarzam i widzę to, co powoli staje się moim marzonym oczekiwaniem, może za czas jakiś prawdziwie rzeczywistym?
Podobno marzenia są w życiu bardzo potrzebne, co jest dla mnie wielce pocieszające, bo całe życie marzę. W moim smutnym, zapracowanym dzieciństwie szukałam w nich ulgi i rekompensaty skromnych warunków, w jakich żyłam. Wtedy myślałam, że sobie wymarzę lepszą, malowaną przyszłość – czas pokazał, że „pospolitość skrzeczy”, głośniej niż Wyspiański.
Ale marzę nadal i pewnie umrę rozmarzona, a właściwie wypełniona marzeniami, bo wciąż na coś czekam, co mnie i tak nie spotyka. Gdy człowiek jest już zmęczony życiem i nakładającymi się problemami, ta umiejętność wprawdzie ulega powolnemu samounicestwianiu, lecz nadal irracjonalnie przy tym rozmarzonym trwaniu trzyma.
Marzenia pozwalają się wyrwać z zaklętego kręgu codzienności i pozwalają choćby na chwilę zapomnieć o obowiązkach, koniecznościach, kłopotach, smutkach i zgryzotach wszelakich. Dają powietrze, przestrzeń, wewnętrzną młodość i poczucie niezbędnej siły. Zapewniają harmonię między bytem realnym, a bytem wyobrażanym.
Marząc, żeglujemy w wirtualnej rzeczywistości, gdzie odgrywamy wymarzone role, bywamy w wymarzonych miejscach, spotykamy wymarzonych ludzi, przeżywamy wymarzone miłości. Bo w marzeniach wszystko dzieje się w zgodzie z naszymi życzeniami i oczekiwaniami.
A w życiu niestety niekoniecznie...
Bardzo lubię te samotne wyprawy w głąb siebie. Pozwalają mi lepiej rozumieć świat, powoli porządkować wydarzenia, wyraźniej czuć.
Zanurzałam się w siebie, by móc spokojnie oddzielić to co ważne od tego co zbędne i przynosić z nich garść pouczających reminiscencji.
Po tygodniu wpuściłam do swego życia mężczyznę, którego wprawdzie nie kochałam, ale który fantastycznie zrekompensował mi brak uczucia nieznanymi dotąd doznaniami, także po ponad 3 tygodniach wypoczynku wróciłam jak nowa.
Wracam do tamtych dni często z rozmarzeniem, bo zamyślam wyjechać na kolejny, długo wyczekany urlop. Znów pojadę sama i znów będę spoglądać w dal i w siebie. I może znów uda mi się wpuścić do swojego życia mężczyznę, który wypełni trwającą od lat pustkę po rozstaniu z tym jedynym.
Nie ukrywam, mam „ochotę na chwileczkę zapomnienia”, bo ostatnio bardzo skutecznie moją wyobraźnię rozbudził pewien wysoki, przystojny, elokwentny flirciarz, który starannie buduje swoją atrakcyjność w moich oczach, dozuje atuty, roztacza wizję radości z bliżej nieokreślonej wspólnoty.
A ja... no cóż ja, natychmiast się rozmarzam i widzę to, co powoli staje się moim marzonym oczekiwaniem, może za czas jakiś prawdziwie rzeczywistym?
Podobno marzenia są w życiu bardzo potrzebne, co jest dla mnie wielce pocieszające, bo całe życie marzę. W moim smutnym, zapracowanym dzieciństwie szukałam w nich ulgi i rekompensaty skromnych warunków, w jakich żyłam. Wtedy myślałam, że sobie wymarzę lepszą, malowaną przyszłość – czas pokazał, że „pospolitość skrzeczy”, głośniej niż Wyspiański.
Ale marzę nadal i pewnie umrę rozmarzona, a właściwie wypełniona marzeniami, bo wciąż na coś czekam, co mnie i tak nie spotyka. Gdy człowiek jest już zmęczony życiem i nakładającymi się problemami, ta umiejętność wprawdzie ulega powolnemu samounicestwianiu, lecz nadal irracjonalnie przy tym rozmarzonym trwaniu trzyma.
Marzenia pozwalają się wyrwać z zaklętego kręgu codzienności i pozwalają choćby na chwilę zapomnieć o obowiązkach, koniecznościach, kłopotach, smutkach i zgryzotach wszelakich. Dają powietrze, przestrzeń, wewnętrzną młodość i poczucie niezbędnej siły. Zapewniają harmonię między bytem realnym, a bytem wyobrażanym.
Marząc, żeglujemy w wirtualnej rzeczywistości, gdzie odgrywamy wymarzone role, bywamy w wymarzonych miejscach, spotykamy wymarzonych ludzi, przeżywamy wymarzone miłości. Bo w marzeniach wszystko dzieje się w zgodzie z naszymi życzeniami i oczekiwaniami.
A w życiu niestety niekoniecznie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)