Smutna to konstatacja, że powrót do prowadzenia blogu zaobfitował atmosferą śmierci.
Tyle co zmarł serdeczny, bliski człowiek, a zaraz potem zbliżyła się 10-ta rocznica śmierci mojego Taty.
Człowieka niezwykle przyjaznego ludziom, bardzo im oddanego, człowieka wielkiej artystycznej fantazji i niepospolitej wrażliwości.
Odszedł cicho, nagle, nie cierpiąc. Zaprzyjaźniony lekarz domowy powtarzał, że od dłuższego czasu żyje na kredyt, bo Jego serce ledwo kołacze...
Swym odejściem sprawił mi ogromny ból, który do dziś nie minął. I nadal bardzo trudno użyć mi słów, które najtrafniej oddawałyby to co czuję werbalizując Jego fizyczny brak.
W wielu sprawach był moim guru, moim jedynym nauczycielem. Przyjacielem choć i „wrogiem”, gdy nie chciałam przyznać Mu racji, bo wiedziałam „lepiej”.
Ale Jego ojcowska miłość i wewnętrzne ciepło, którymi mnie obdarzał, do dziś mnie grzeje we wspomnieniach i przy krótkich, częstych spotkaniach na grobową płytą. Mam potrzebę często tam bywać, poza tym wiem ile znaczyła dla Taty pamięć, bo sam był niezrównany w pamięci o innych, nawet chory nie zapominał o ważnych dla innych dniach i składając życzenia zawsze ze śmiechem i dowcipnie bagatelizując opowiadał o swoich niemocach, które wcale nie były bagatelne.
Jego pogoda ducha była zaraźliwa, zawsze bowiem miał na podorędziu jakiś akuratny dowcip, który znakomicie rozładowywał napięcia.
Tata miał kilka pasji wśród których pierwsze miejsce zajmowała muzyka i miłość do niej była nieoszacowana i niezaprzeczalna. Muzyka była dla Niego źródłem największej radości, emanacją Jego wrażliwości, czymś bez czego życia sobie nie wyobrażał. Zakończona w dojrzałym życiu działalność muzyczna choć świadomie, była i tak czymś za czym nigdy nie przestał tęsknić.
Uczył mnie abecadła muzycznego rzucając jako dorastające dziecko na zakazany jazz, słuchany w ortodoksyjnych dla tego gatunku muzycznego czasach w radio, w cyklicznych wieczornych audycjach „Music in USA”. Pamiętam to pełne zapamiętanie w słuchaniu Elli Fitzgerald, Billie Holiday, Louis'a Armstronga, orkiestry Duke'a Ellingtone'a, Glenna Millera oraz całej plejady gwiazd lat 40-tych, 50-tych i 60-tych.
W latach 50-tych i 60-tych muzyka była nie tylko Jego żywiołem, ale i sposobem zarobkowania, więc jako rozmarzony entuzjasta wraz ze swoimi kolegami organizował też zamknięte spotkania muzyczne, które dziś noszą uczoną nazwę jam session, z udziałem wtedy raczkujących późniejszych tuzów polskiego jazzu. Kiedy w latach 50-tych powstała w Częstochowie restauracja Sielanka, która nie miała być zwykłą knajpą z wyszynkiem, tylko miejscem spotkań przy muzyce, grający tam muzycy zapraszali swoich warszawskich (i nie tylko) kolegów po fachu na rzeczone jam session i wspólne granie dla czystej przyjemności.
Być może miał szansę powstać tam, jak się dziś mówi „kultowy” klub jazzowy, ale jedynie słuszne czasy nie były tego celu w Częstochowie życzliwym animatorem.
I to między innymi stało się przyczyną emigracji od muzykowania do drugiej pasji zwanej samochodową. Tata w owych czasach, kiedy częstochowski Automobilklub mieścił się na ul. Kilińskiego (gdzie dziś Pogotowie Ratunkowe), całe godziny spędzał w jego garażach przy przygotowywaniu samochodów wyścigowych (raczkująca prowincjalna „Formuła 1”) do zawodów, które odbywały się na lotnisku w Rudnikach. Brał też udział w rajdach samochodowych, bo jak się już czemuś oddawał, to cały od stóp do głów.
Pasje te oraz niepospolite otwarcie na ludzi zabierały Go mnie i rodzinie. Ale Tata był niepospolicie ciekawy świata, a że dalekie podróże wtedy nie były możliwe, uzupełniał sobie ich brak pochłanianiem niezdrowej ilości książek. Dzięki nim ale i dzięki swojej matce, dobrze wykształconej przedwojennej nauczycielce drażniła Go nieumiejętność posługiwania się ładną polszczyzną, której sam był apologetą. Dziś w dobie języka obrazkowego czułby się pewnie jak Twardowski na Księżycu.
Mnie pozostaje cieszyć się, że cytując Jana Sztaudyngera: „Przez całe swoje życie szukał dna... w błękicie”, a w moim sercu pozostawił niezwykłą wrażliwość... Dziękuję Ci Tato!
czwartek, 17 marca 2011
środa, 9 marca 2011
In memoriam Andrzej Jaworski
W pierwszym dniu marca wróciłam do pracy po poważnym zabiegu kardiochirurgicznym, ciesząc się otrzymanym nowym życiem, a tu w miniony piątek 4. marca zostałam złamana hiobową wieścią o nagłej śmierci serdecznego Przyjaciela, znakomitego i pełnego pasji antykwariusza Andrzeja Jaworskiego z Wrocławia.
Człowieka niezwykle pogodnego, z nieodłącznym uśmiechem na twarzy, nie mającego zwyczaju narzekać, radzącego sobie w trudnej dla książki sytuacji z nadzieją i wiarą w nieprzemijającą miłość do nich i trwanie instytucji zajmujących się książką, których istnieniu stopniowo coraz bardziej zagraża rzeczywistość wirtualna.
Od momentu kiedy zwycięsko na początku lat 90-tych zakończył batalię o powstanie prawdziwie naukowego antykwariatu u zbiegu ulic Kuźniczej i Uniwersyteckiej, w której to batalii brałam skromny udział jako jedna z wielu, pisząc pismo o niepodważalnej intelektualnej zasadności tej inicjatywy do ówczesnego Prezydenta Wrocławia Bogdana Zdrojewskiego, który zaszczycił potem swoją obecnością jego otwarcie, codziennie zabiegał o to, by nie brakowało w nim nie tylko poszukiwanej literatury popularno-naukowej, ciekawostek wydawniczych, ale i cymeliów, rara et curiosa i innych prawdziwie bibliofilskich smaczków. Sam był bibliofilem od niepamiętnych czasów i tą swoją miłość do książek uczynił drugim zawodem, bo z wykształcenia był zupełnie kimś innym.
Poznałam Go na aukcji książek starych, rzadkich i poszukiwanych w Poznaniu w latach 80-tych. Czasy były takie, że półki sklepów świeciły pustkami, za to półki antykwariatów uginały się od znakomitej literatury, a aukcje pełne były wydawnictw tzw. drugiego obiegu i książek w ludowej ojczyźnie zakazanych, za które bibliofile, ale i biblioteki płaciły jak za dzieła Picassa.
Andrzej w rodzinie i środowisku komilitonów familiarnie, i z estymą zwany Jędrusiem, kolekcjonował oprócz książek m. in. statuty i mapy Wrocławia, który kochał jako tam urodzony i mieszkający w domu swoich Rodziców. Ale Jego zainteresowania były znacznie szersze, obejmowały także malarstwo, grafikę, ekslibrisy, od wspomnianych lat 90-tych czynnie uczestniczył w Biennale w Malborku.
Był też zapalonym piechurem, wraz z ukochaną Janeczką, dzielącą całym sercem Jego pasje, wytyczali sobie co roku nowe trasy do zwiedzania, zupełnie nie interesując się wyjazdami na wyspy wulkaniczne czy nad dalekie ciepłe morza, od których woleli zimny Bałtyk ogladany z bliska. Polska i Wrocław to był Jego świat. Dbał o historyczną, nie koniunkturalną prawdę o nim, pielęgnował każdy, bodaj najmniejszy zapisek, uwagę, znak, ciesząc się z ich posiadania.
Był mądrym wyznawcą małych ojczyzn, a jako człowiek niewyobrażalnie oczytany, zawsze umiał spokojnie i rzeczowo uzasadniać swój punkt widzenia. Był cudownym interlokutorem, umiał słuchać i wymieniać poglądy nie tylko na tematy Mu najbliższe związane z pasją bibliofilską, ale i tematy bieżące, często kontrowersyjne. Zawsze jednak zachowywał takt i niezwykłą kindersztubę, bo był człowiekiem staromodnie dobrze wychowanym.
Od prawie 30 lat corocznie brałam udział w spotkaniach ogrodowych (ogród wypieszczony przez Janeczkę przypominał raj), podczas których zawsze mi było mało dysput z Nim, bo były to rozmowy,w których nie traciło się czasu, a można się było ogromnie dużo nauczyć.
Zarażał swoją pasją, z którą przekonywał o wyższości książki drukowanej nad wirtualnym
e bookiem i był głęboko przekonany o swoich racjach, co czyniło Go człowiekiem Renesansu, którym bez wątpienia był.
Mimo ukończonej 60-tki wciąż był młodym zapaleńcem, który odkrywszy piękno i siłę książek oraz detali z nimi związanych, każdą traktował jak swoje ukochane i jedyne dziecko, otaczał stosowną opieką, jeśli tego wymagała pięknie oprawiał, by z namaszczeniem postawić na półkę, a potem z czcią po nią sięgać, gdy sam się chciał nią nacieszyć lub pokazać te perełki innym. Podczas ogrodowych spotkań "wycieczki" do Jego biblioteki były swoistym rytuałem, na który obecni czekali jak na wykwintną ucztę.
Jego nagła śmierć przerywając nasze książkowe, i nie tylko, spotkania, uzmysłowiła, że papier jest trwalszy od kruchego ludzkiego istnienia, ale dzięki temu pamięć o Jędrusiu pozostanie w moim (naszych) sercu, ale i na papierze właśnie!
Szczególnie, że miał taki staroświecki zwyczaj prowadzenia w swoim ukochanym domu, przez który przewinęło się niemało znakomitości świata książki, sztuki i kultury, księgi Gości.
Ja Jędrusiu wpisuję dla Ciebie niniejszy wiersz Mary Frye:
Nie stój nad mym grobem i nie roń łez.
Nie ma mnie tam; nie zasnąłem też.
Jestem tysiącem wiatrów dmiących.
Jestem diamentowym błyskiem na śniegu lśniącym.
Jestem na skoszonym zbożu światłem promiennym.
Jestem przyjemnym deszczem jesiennym.
Kiedy tyś w porannej ciszy zbudzony
Jestem ruchem - szybkim, wznoszonym,
Ptaków cichych w locie krążących
Jestem łagodnym gwiazd blaskiem nocnym.
Nie stój nad mym grobem i nie roń łez.
Nie ma mnie tam; nie zasnąłem też.
Nie stój nad mym grobem i nie płacz na darmo.
Nie ma mnie tam. Ja nie umarłem.
Dla mnie nie umarłeś, choć jutro ceremonia pożegnania Twoich prochów...
Człowieka niezwykle pogodnego, z nieodłącznym uśmiechem na twarzy, nie mającego zwyczaju narzekać, radzącego sobie w trudnej dla książki sytuacji z nadzieją i wiarą w nieprzemijającą miłość do nich i trwanie instytucji zajmujących się książką, których istnieniu stopniowo coraz bardziej zagraża rzeczywistość wirtualna.
Od momentu kiedy zwycięsko na początku lat 90-tych zakończył batalię o powstanie prawdziwie naukowego antykwariatu u zbiegu ulic Kuźniczej i Uniwersyteckiej, w której to batalii brałam skromny udział jako jedna z wielu, pisząc pismo o niepodważalnej intelektualnej zasadności tej inicjatywy do ówczesnego Prezydenta Wrocławia Bogdana Zdrojewskiego, który zaszczycił potem swoją obecnością jego otwarcie, codziennie zabiegał o to, by nie brakowało w nim nie tylko poszukiwanej literatury popularno-naukowej, ciekawostek wydawniczych, ale i cymeliów, rara et curiosa i innych prawdziwie bibliofilskich smaczków. Sam był bibliofilem od niepamiętnych czasów i tą swoją miłość do książek uczynił drugim zawodem, bo z wykształcenia był zupełnie kimś innym.
Poznałam Go na aukcji książek starych, rzadkich i poszukiwanych w Poznaniu w latach 80-tych. Czasy były takie, że półki sklepów świeciły pustkami, za to półki antykwariatów uginały się od znakomitej literatury, a aukcje pełne były wydawnictw tzw. drugiego obiegu i książek w ludowej ojczyźnie zakazanych, za które bibliofile, ale i biblioteki płaciły jak za dzieła Picassa.
Andrzej w rodzinie i środowisku komilitonów familiarnie, i z estymą zwany Jędrusiem, kolekcjonował oprócz książek m. in. statuty i mapy Wrocławia, który kochał jako tam urodzony i mieszkający w domu swoich Rodziców. Ale Jego zainteresowania były znacznie szersze, obejmowały także malarstwo, grafikę, ekslibrisy, od wspomnianych lat 90-tych czynnie uczestniczył w Biennale w Malborku.
Był też zapalonym piechurem, wraz z ukochaną Janeczką, dzielącą całym sercem Jego pasje, wytyczali sobie co roku nowe trasy do zwiedzania, zupełnie nie interesując się wyjazdami na wyspy wulkaniczne czy nad dalekie ciepłe morza, od których woleli zimny Bałtyk ogladany z bliska. Polska i Wrocław to był Jego świat. Dbał o historyczną, nie koniunkturalną prawdę o nim, pielęgnował każdy, bodaj najmniejszy zapisek, uwagę, znak, ciesząc się z ich posiadania.
Był mądrym wyznawcą małych ojczyzn, a jako człowiek niewyobrażalnie oczytany, zawsze umiał spokojnie i rzeczowo uzasadniać swój punkt widzenia. Był cudownym interlokutorem, umiał słuchać i wymieniać poglądy nie tylko na tematy Mu najbliższe związane z pasją bibliofilską, ale i tematy bieżące, często kontrowersyjne. Zawsze jednak zachowywał takt i niezwykłą kindersztubę, bo był człowiekiem staromodnie dobrze wychowanym.
Od prawie 30 lat corocznie brałam udział w spotkaniach ogrodowych (ogród wypieszczony przez Janeczkę przypominał raj), podczas których zawsze mi było mało dysput z Nim, bo były to rozmowy,w których nie traciło się czasu, a można się było ogromnie dużo nauczyć.
Zarażał swoją pasją, z którą przekonywał o wyższości książki drukowanej nad wirtualnym
e bookiem i był głęboko przekonany o swoich racjach, co czyniło Go człowiekiem Renesansu, którym bez wątpienia był.
Mimo ukończonej 60-tki wciąż był młodym zapaleńcem, który odkrywszy piękno i siłę książek oraz detali z nimi związanych, każdą traktował jak swoje ukochane i jedyne dziecko, otaczał stosowną opieką, jeśli tego wymagała pięknie oprawiał, by z namaszczeniem postawić na półkę, a potem z czcią po nią sięgać, gdy sam się chciał nią nacieszyć lub pokazać te perełki innym. Podczas ogrodowych spotkań "wycieczki" do Jego biblioteki były swoistym rytuałem, na który obecni czekali jak na wykwintną ucztę.
Jego nagła śmierć przerywając nasze książkowe, i nie tylko, spotkania, uzmysłowiła, że papier jest trwalszy od kruchego ludzkiego istnienia, ale dzięki temu pamięć o Jędrusiu pozostanie w moim (naszych) sercu, ale i na papierze właśnie!
Szczególnie, że miał taki staroświecki zwyczaj prowadzenia w swoim ukochanym domu, przez który przewinęło się niemało znakomitości świata książki, sztuki i kultury, księgi Gości.
Ja Jędrusiu wpisuję dla Ciebie niniejszy wiersz Mary Frye:
Nie stój nad mym grobem i nie roń łez.
Nie ma mnie tam; nie zasnąłem też.
Jestem tysiącem wiatrów dmiących.
Jestem diamentowym błyskiem na śniegu lśniącym.
Jestem na skoszonym zbożu światłem promiennym.
Jestem przyjemnym deszczem jesiennym.
Kiedy tyś w porannej ciszy zbudzony
Jestem ruchem - szybkim, wznoszonym,
Ptaków cichych w locie krążących
Jestem łagodnym gwiazd blaskiem nocnym.
Nie stój nad mym grobem i nie roń łez.
Nie ma mnie tam; nie zasnąłem też.
Nie stój nad mym grobem i nie płacz na darmo.
Nie ma mnie tam. Ja nie umarłem.
Dla mnie nie umarłeś, choć jutro ceremonia pożegnania Twoich prochów...
niedziela, 26 grudnia 2010
czwartek, 4 listopada 2010
Ach życie, chciałabym cię łyżkami jeść!!!
"Życie polega na sklejaniu okruchów", więc dziękując losowi za otrzymanie go po raz drugi, skrupulatnie okruchy sklejam, a gdy już tego dokonam, wrócę do pisania. Doczekać się nie mogę!
wtorek, 27 lipca 2010
List do Pana Piotra Waltera
Dzień dobry!
Oglądając od wielu dni telewizję TVN i TVN24 nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jedynym tematem skupiającym uwagę dziennikarzy tych stacji jest Jarosław Kaczyński (co powiedział, co zrobił, jak się zachował, czy złajał czy nie złajał rząd, prezydenta czy któregoś z posłów PO, czy użył słów adekwatnych czy nie adekwatnych do sytuacji, czy wytarł rano nos czy może nie wytarł...).
Zniesmaczona postanowiłam napisać do Pana, by poprosić, aby może najlepsza telewizja w Polsce zaczęła interesować się innymi tematami dotyczącymi kraju i jej szarych obywateli (choćby czy zadbano należycie o rodziny i bliskich ofiar katastrofy smoleńskiej, czy wypłacono powodzianom zasiłki, jak przebiegają przygotowania w żłobkach, przedszkolach i szkołach do nowego roku szkolnego, czy wzrosła ich liczba, jak przebiega reforma oświaty, szczególnie tego segmentu, który dotyczy tzw. młodzieży trudnej, jak przebiega budowa nowych dróg, stadionów, orlików, gdzie utknęły starania o okręgi jednomandatowe itd.) i przestała tym samym globalnie lansować szefa PiS, który stał się ich wybrańcem, a winien za swój brak klasy i kindersztuby, insynuacje, bezpodstawne oskarżenia i nieodpowiedzialnie używane słowa być objętym dziennikarską zmową milczenia.
Dzięki każdemu programowi publicystycznemu emitowanemu przez te dwie stacje (zresztą i inne, tyle, że ja jestem fanką tych dwóch), poświęconemu niemal wyłącznie Jego osobie cieszy się on niezasłużonym ich zainteresowaniem, by nie rzec darmową "reklamą", skupiając uwagę zmęczonych Polaków na jego braku taktu, wyczucia sytuacji, nieumiejętności posługiwania się słowami zgodnie z ich semantycznym znaczeniem oraz krętych, pełnych hipokryzji ścieżkach myślenia, za pomocą których buduje swoją wieżę Babel i filozofię "zbrodni" smoleńskiej.
Dzięki takiej taktyce chwilami mam wrażenie, że nie ma w Polsce nikogo poza Jarosławem Kaczyńskim i Jego Bratem. Tak jakby tylko On miał prawo epatować sobą kraj, który stracił poza tym 94 osoby z różnych opcji politycznych, którzy w momencie śmierci byli po prostu ludźmi osierocającymi swoich bliskich.
Fakt, że chce On przepchnąć byłego prezydenta do panteonu królów i kongenialnych władców absolutnych, jednocześnie przypisując Mu męczeńską śmierć, ujawnia jedynie chorobliwą megalomanię, pychę i brak łączności ze światem rzeczywistym.
Nie wiem czy dobre kanały telewizyjne w imię wypełnianej misji informacyjnej winny epatować, szczególnie młodych oglądających swarliwymi wypowiedziami członków partii, rodzin tragicznie zmarłych, którym się wydaje, że mają patent na jedynie słuszną prawdę, tym samym niechcący dyktując wzory wcale nie do naśladowania.
Trudno w tym rozpoznać cechy ucywilizowanej już demokracji europejskiej, bo sprowadza się ona do wzoru polskiego "według" Jarosława Kaczyńskiego, który wspierany przez ojca dyrektora i fanatycznie zaślepionych jego zwolenników, a także wykazujących nadgorliwe zainteresowanie dziennikarzy, brnie coraz głębiej w swoje antyczłowiecze zachowania, pozostając przekonanym o swej ponadczasowej "misji".
To zaczyna być chore, by jeden człowiek od rana do wieczora skupiał uwagę milionów przed telewizorami.
Wydaje mi się, że znacznie ważniejszym jest czy aby wszystkie rodziny zmarłych tragicznie w Smoleńsku mają stosowną i wynikającą z obowiązków państwa opiekę, pomoc, wsparcie.
Dziennikarze powtarzają w kółko te same pytania, nie siląc się nawet na jakieś merytoryczne czy choćby osobiste podsumowania, przy okazji ograniczając się do prowadzenia mało inteligentnych gierek z zaproszonymi gośćmi.
Jest to smutne i nieuczciwe wobec "myślących inaczej", też stanowiących widownię TVN i TVN24 (to świetnie słychać w "Szkle kontaktowym") i ociera się o absurd. Wydaje mi się zatem, że czas najwyższy przerwać tę grę do jednej bramki, spuścić zasłonę milczenia na czas dłuższy na słowa i czyny Jarosława Kaczyńskiego, który nigdy się nie zmieni i będzie nadal prowadził wojnę polsko-polską, jątrząc i skłócając polskie społeczeństwo.
Mając nadzieję na życzliwą uwagę nad tekstem mojego listu, pozostaję z szacunkiem
Joanna Grochowska
Oglądając od wielu dni telewizję TVN i TVN24 nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jedynym tematem skupiającym uwagę dziennikarzy tych stacji jest Jarosław Kaczyński (co powiedział, co zrobił, jak się zachował, czy złajał czy nie złajał rząd, prezydenta czy któregoś z posłów PO, czy użył słów adekwatnych czy nie adekwatnych do sytuacji, czy wytarł rano nos czy może nie wytarł...).
Zniesmaczona postanowiłam napisać do Pana, by poprosić, aby może najlepsza telewizja w Polsce zaczęła interesować się innymi tematami dotyczącymi kraju i jej szarych obywateli (choćby czy zadbano należycie o rodziny i bliskich ofiar katastrofy smoleńskiej, czy wypłacono powodzianom zasiłki, jak przebiegają przygotowania w żłobkach, przedszkolach i szkołach do nowego roku szkolnego, czy wzrosła ich liczba, jak przebiega reforma oświaty, szczególnie tego segmentu, który dotyczy tzw. młodzieży trudnej, jak przebiega budowa nowych dróg, stadionów, orlików, gdzie utknęły starania o okręgi jednomandatowe itd.) i przestała tym samym globalnie lansować szefa PiS, który stał się ich wybrańcem, a winien za swój brak klasy i kindersztuby, insynuacje, bezpodstawne oskarżenia i nieodpowiedzialnie używane słowa być objętym dziennikarską zmową milczenia.
Dzięki każdemu programowi publicystycznemu emitowanemu przez te dwie stacje (zresztą i inne, tyle, że ja jestem fanką tych dwóch), poświęconemu niemal wyłącznie Jego osobie cieszy się on niezasłużonym ich zainteresowaniem, by nie rzec darmową "reklamą", skupiając uwagę zmęczonych Polaków na jego braku taktu, wyczucia sytuacji, nieumiejętności posługiwania się słowami zgodnie z ich semantycznym znaczeniem oraz krętych, pełnych hipokryzji ścieżkach myślenia, za pomocą których buduje swoją wieżę Babel i filozofię "zbrodni" smoleńskiej.
Dzięki takiej taktyce chwilami mam wrażenie, że nie ma w Polsce nikogo poza Jarosławem Kaczyńskim i Jego Bratem. Tak jakby tylko On miał prawo epatować sobą kraj, który stracił poza tym 94 osoby z różnych opcji politycznych, którzy w momencie śmierci byli po prostu ludźmi osierocającymi swoich bliskich.
Fakt, że chce On przepchnąć byłego prezydenta do panteonu królów i kongenialnych władców absolutnych, jednocześnie przypisując Mu męczeńską śmierć, ujawnia jedynie chorobliwą megalomanię, pychę i brak łączności ze światem rzeczywistym.
Nie wiem czy dobre kanały telewizyjne w imię wypełnianej misji informacyjnej winny epatować, szczególnie młodych oglądających swarliwymi wypowiedziami członków partii, rodzin tragicznie zmarłych, którym się wydaje, że mają patent na jedynie słuszną prawdę, tym samym niechcący dyktując wzory wcale nie do naśladowania.
Trudno w tym rozpoznać cechy ucywilizowanej już demokracji europejskiej, bo sprowadza się ona do wzoru polskiego "według" Jarosława Kaczyńskiego, który wspierany przez ojca dyrektora i fanatycznie zaślepionych jego zwolenników, a także wykazujących nadgorliwe zainteresowanie dziennikarzy, brnie coraz głębiej w swoje antyczłowiecze zachowania, pozostając przekonanym o swej ponadczasowej "misji".
To zaczyna być chore, by jeden człowiek od rana do wieczora skupiał uwagę milionów przed telewizorami.
Wydaje mi się, że znacznie ważniejszym jest czy aby wszystkie rodziny zmarłych tragicznie w Smoleńsku mają stosowną i wynikającą z obowiązków państwa opiekę, pomoc, wsparcie.
Dziennikarze powtarzają w kółko te same pytania, nie siląc się nawet na jakieś merytoryczne czy choćby osobiste podsumowania, przy okazji ograniczając się do prowadzenia mało inteligentnych gierek z zaproszonymi gośćmi.
Jest to smutne i nieuczciwe wobec "myślących inaczej", też stanowiących widownię TVN i TVN24 (to świetnie słychać w "Szkle kontaktowym") i ociera się o absurd. Wydaje mi się zatem, że czas najwyższy przerwać tę grę do jednej bramki, spuścić zasłonę milczenia na czas dłuższy na słowa i czyny Jarosława Kaczyńskiego, który nigdy się nie zmieni i będzie nadal prowadził wojnę polsko-polską, jątrząc i skłócając polskie społeczeństwo.
Mając nadzieję na życzliwą uwagę nad tekstem mojego listu, pozostaję z szacunkiem
Joanna Grochowska
wtorek, 15 czerwca 2010
Cykl Listy do Klary: List do siebie (opowiadanie)
Poszłam na długi myślowy spacer. Bardzo lubię te samotne wyprawy w głąb siebie. Pozwalają mi lepiej rozumieć, powoli porządkować wydarzenia, wyraźniej czuć.
Zanurzyłam się w siebie, by móc spokojnie oddzielić to co ważne od tego co zbędne i przyniosłam z tego spaceru garść reminiscencji, którymi chcę się z Tobą podzielić.
Chcę mieć bowiem nadzieję, że skrzyżowanie Walentynkowego uśmiechu z powagą, w pełni oddaje nastrój wyzwolony przez "mrówy chodzące po plecach" pod wpływem zupełnie czarodziejskiego dotyku... i w pełni oddaje nastrój wspólnoty, ale i potrzeby samotności (wolności) celnie sformułowany przez Ciebie słowami: "dobrze mi kiedy przyjeżdżasz i dobrze mi kiedy odjeżdżasz".
Nie chcę by wiało banałem, ale to Ty sprawiłeś, że poczułam się szczęśliwa (!), choć moje przerażenie nie zmniejszyło się ani o kroplę.
Tak jak obiecałam załączam tekst i żałuję, że on Ci się nie podoba. Jednak moje sumienie jest czyste, bo poza odrobiną emocji (które są tym, czym przyprawy dla potraw), nie ma w mojej pisaninie ani jednego słowa nieprawdy. Mogę się bić w piersi, że nie potrafiłam sprostać Twoim oczekiwaniom, mimo otrzymanej carte blanche, ale będąc tylko prowincjonalnym amatorem, nie trudniącym się zawodowo pisaniem, mogę sobie wyrzucać, że nie stanęłam na wysokości zadania, które sobie sama postawiłam. Moja naiwna wiara, że udatnie spróbuję naszkicować Twój portret, musiała umrzeć ze wstydem.
Tak bardzo się cieszę, że ostatnia wyprawa okazała się tak potężną radością i jestem pełna podziwu dla Twego niespożytego entuzjazmu. Mój podziw rośnie proporcjonalnie do mijającego czasu i pewnie przeobrazi się w cielęcy zachwyt ... Niech wszystkie szczęśliwe spełnienia wpadną do worka pełnego Twoich życzeń. B.
Zanurzyłam się w siebie, by móc spokojnie oddzielić to co ważne od tego co zbędne i przyniosłam z tego spaceru garść reminiscencji, którymi chcę się z Tobą podzielić.
Chcę mieć bowiem nadzieję, że skrzyżowanie Walentynkowego uśmiechu z powagą, w pełni oddaje nastrój wyzwolony przez "mrówy chodzące po plecach" pod wpływem zupełnie czarodziejskiego dotyku... i w pełni oddaje nastrój wspólnoty, ale i potrzeby samotności (wolności) celnie sformułowany przez Ciebie słowami: "dobrze mi kiedy przyjeżdżasz i dobrze mi kiedy odjeżdżasz".
Nie chcę by wiało banałem, ale to Ty sprawiłeś, że poczułam się szczęśliwa (!), choć moje przerażenie nie zmniejszyło się ani o kroplę.
Tak jak obiecałam załączam tekst i żałuję, że on Ci się nie podoba. Jednak moje sumienie jest czyste, bo poza odrobiną emocji (które są tym, czym przyprawy dla potraw), nie ma w mojej pisaninie ani jednego słowa nieprawdy. Mogę się bić w piersi, że nie potrafiłam sprostać Twoim oczekiwaniom, mimo otrzymanej carte blanche, ale będąc tylko prowincjonalnym amatorem, nie trudniącym się zawodowo pisaniem, mogę sobie wyrzucać, że nie stanęłam na wysokości zadania, które sobie sama postawiłam. Moja naiwna wiara, że udatnie spróbuję naszkicować Twój portret, musiała umrzeć ze wstydem.
Tak bardzo się cieszę, że ostatnia wyprawa okazała się tak potężną radością i jestem pełna podziwu dla Twego niespożytego entuzjazmu. Mój podziw rośnie proporcjonalnie do mijającego czasu i pewnie przeobrazi się w cielęcy zachwyt ... Niech wszystkie szczęśliwe spełnienia wpadną do worka pełnego Twoich życzeń. B.
wtorek, 11 maja 2010
O Apelu Aktorów i Widzów Polskich Teatrów słów kilka
Otrzymałam e mail’em poniżej prezentowany Apel Aktorów i Widzów Polskich Teatrów, który miałam podpisać i przesłać dalej. Nie podpisałam, ale posłałam dalej.
Nasunęło mi się kilka uwag w trakcie czytania tego dość zamotanego, a jednocześnie ciut megalomańskiego tekstu.
Ja będąca całym sercem po stronie szeroko pojętej (wysokiej) kultury, w tym teatru i artystów, jestem całym sercem przeciw tezom zawartym w apelu. Przypominające czasy minione artystowskie żądania uświadamiają, że oto aktorzy chcą rewolucji! Rewolucji, z której wychodzą z wszelkimi przywilejami, bez obowiązków wobec państwa, w tym także naczelnego obowiązku szanowania publicznego grosza czyli pieniędzy podatnika.
Bełkotliwy, aczkolwiek ze skłonnością do uczonego brzmienia język, styl pierwszomajowej nowomowy oraz jakby skądś znane „postulaty” nie pozostawiają mi wątpliwości, że miejsca tam na mój podpis nie ma, przynajmniej do czasu kiedy uda mi się poznać tekst krytykowanego projektu ustawy, bo lubię znać racje obu stron. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że twórcy apelu zupełnie zapomnieli, że 20 lat temu mówiąc językiem polityki „odzyskaliśmy wolność”, która oznacza także wolnorynkową wolność kultury. W świecie cywilizowanym kulturalnie i kulturowo nie ma w każdej prowincjonalnej dziurze (sama w takiej mieszkam) teatru, teatru szczęśliwie dotowanego przez państwo, który zatrudnia, jak za czasów jedynie słusznych, na etacie nawet halabardzistów.
Dziś jest pora na teatry impresaryjne, które utrzymują się ze sprzedaży biletów i nie odrzucają sponsoringu. Clou życia teatralnego powinna opierać się jak najbardziej o rynek, tj. o teatry prywatne, które żyją z biletów, a ich sprzedaż decyduje o ich istnieniu. Ostatnie lata pokazały, że takie fakty mają miejsce i mimo wysokich cen, wstęp do nich jest trudny, bo chętnych jest więcej niż miejsc. I to jest zjawisko bardzo optymistyczne. Teatr nie jest sztuką masową i powinien być oczekiwanym świętem.
Polska wzorem innych cywilizowanych krajów, które od stuleci tworzą kulturę (która tam nie upadła, a kieruje się takimi samymi uwarunkowaniami ekonomicznymi) powinna mieć jeden teatr narodowy, jeden teatr operowy, jedną filharmonię i te instytucje, jak najbardziej powinny być finansowane z budżetu państwa. Kwoty przeznaczane na dofinansowanie prowincji, powinny trafiać do narodowych instytucji kulturalnych w całości, by mogły przyciągnąć twórców wybitnych, a przez drogie, niedostępne ogólnie przez dofinansowanie bilety, powinny stać się instytucjami prawdziwie kulturalnymi (elitarnymi) o wyszukanym repertuarze, gdzie nonszalancja pseudo teatromanów czy melomanów każe nam obcować z adidasami zamiast lakierków, czy dżinsów i rozwleczonego sweterka, zamiast smokingu czy wieczorowego garnituru.
Teatr powinien spełniać rolę pracodawcy, który płaci za wykonaną pracę, a nie przechowalni aktorów utrzymującej ich za figurowanie na etacie. Teatry nie powinny być także miejscem dla reżyserów czy dyrektorów wizjonerów, którzy dzięki dotacjom państwa mogą bezkarnie epatować swoimi mniej lub bardziej trafionymi pomysłami, stanowiąc nieusuwalne zło. No chyba, że sami za swoje pieniądze tworzą teatry (sceny) dla realizacji swoich pomysłów.
To właśnie komercyjna rzeczywistość szybciutko weryfikuje ich przydatność oraz faktyczną wartość. Wyrównuje patologie i jasno określa wymogi zawodowe. Jesteś dobry, grasz, jesteś kiepski, zmieniasz zawód albo ciągniesz ogony, jednak nie za pieniądze podatnika!
Dla mnie postulaty apelu sprowadzają się do jasno określonych przywilejów dla artystów, przypisujących sobie wieszczą, ponadprzeciętną, niemal mistyczną rolę. To nieuczciwe, bo wolny rynek wszelkie przywileje znosi. Bufonada płynąca z logiki apelu jest dość porażająca. Być może zmienię zdanie jak będę miała szansę przeczytać projekt zmian.
Aktor wykonuje tzw. wolny zawód i powinien być zatrudniany na umowę o dzieło, bo kreacje teatralne są w jakiejś mierze dziełem i sam powinien dbać o ich jakość. Nic nie działa tak demoralizująco w tym zawodzie jak etat i to koniecznie na czas nieokreślony. Tak jak działające na zupełnie już nie przystających do obecnej rzeczywistości zasadach związki zawodowe (ustawa winna być od dawna zmodyfikowana, związki wyprowadzone z miejsc pracy, działalność w nich powinna być społeczna, a członkowie jak i szefowie nie powinni być "ustawowo" chronieni latami przed zwolnieniem!). Kodeksowy miecz, który realizuje li tylko interes wąskich grup, zrzeszających najczęściej towarzystwo wzajemnej adoracji, wcale nie całe środowiska.
Nie mogę się zgodzić z tezą, że kierowanie teatrem to nie jest to samo, co kierowanie zwykłym przedsiębiorstwem! Co autorzy apelu mieli na myśli pisząc pejoratywnie o „zwykłym” przedsiębiorstwie? Teatr to też rodzaj przedsiębiorstwa, a to, że tworzy się tam sztukę, a nie produkuje zapałki wcale nie znaczy, że jest ono „niezwykłe” lub lepsze. I tu i tu zarządza się zasobami ludzkimi, prowadzi sprawy kadrowo-płacowe, dba o tzw. park maszynowy, reklamę
i dobry marketing, by sprzedać swój produkt. A to właśnie owo „zwykłe” przedsiębiorstwo pracuje na to, by „niezwykłe” przedsiębiorstwo jakim jest teatr mogło funkcjonować. Wyłażąca jak słoma z butów bufonada apelu nie służy dobremu klimatowi do podpisywania się w jego obronie.
No i nie mogę wyjść ze zdumienia, że protest firmuje - nomen omen - Joanna Szczepkowska! Czy na pewno to TA SAMA Joanna Szczepkowska???
Przedruk tekstu apelu za otrzymanym od wysyłajacego e mail'em - nie ponoszę odpowiedzialności za treści i błedy w nim zawarte.
APEL AKTORÓW i WIDZÓW POLSKICH TEATROW
W 2009 roku zapowiedziano rządowy plan „rewolucyjnej deregulacji” działalności kulturalnej. Mającej uprościć, odbiurokratyzować i uwolnić od zbędnych, szkodliwych ograniczeń oraz niedoskonałości zasady funkcjonowania publicznych instytucji kultury i poprawić warunki pracy twórczej i artystycznej autorów i artystów wykonawców.
Przed Kongresem Kultury Polskiej, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przedstawiło założenia projektu zmian prawa kultury. Jednak – jak wiele kontrowersyjnych twierdzeń, zawartych w opublikowanych przed Kongresem raportach, dotyczących różnych dziedzin kultury – założenia te wzbudziły zdecydowany sprzeciw lub poważne zastrzeżenia przedstawicieli środowisk twórczych, instytucji kultury i odbiorców – widzów, słuchaczy i innych uczestników rozmaitych form działalności kulturalnej. Powstaje nieodparte pytanie: dlaczego tak się stało? Poniżej przedstawiamy próbę odpowiedzi na to zasadnicze pytanie.
Projekt „rewolucji kulturalnej” prof. Hausnera przygotowano arbitralnie i dyskrecjonalnie. Bez udziału twórców i szerokich, rzetelnych konsultacji środowiskowych. Pogłębionych, fachowych wielostronnych analiz i diagnoz stanów faktycznych. Projekt opracowało wąskie grono równie arbitralnie wybranych autorów. Często nie zajmujących się profesjonalnie kulturą. Rozpatrujących i uwzględniających głównie finansowe, wąsko-ekonomiczne i rynkowe, regulacyjno-prawne, teoretyczno-menadżerskie aspekty działalności kulturalnej. Jakby szło o zwykłą działalność gospodarczą, którą działalność kulturalna nie jest. Nie tylko ze swej istoty, podstawowych, nadrzędnych celów i zadań społecznych, ale i z mocy prawa.
W oderwaniu od polskich realiów i najnowszych europejskich tendencji, postulowano daleko idące wycofanie się organów państwa i samorządu terytorialnego z realizacji obowiązkowych, konstytucyjnych zadań mecenatu w sferze organizacji, prowadzenia i finansowania publicznych instytucji kultury. Będącego niezbywalną materialną gwarancją dostępu obywateli do dóbr kultury i uczestnictwa w kulturze. Proponowano w zamian sponsoring prywatny i prowadzenie działalności kulturalnej na zasadach ekonomiczno-rynkowych.
W działalności kulturalnej pierwszorzędne znaczenie mają kreowane wartości niematerialne o zasadniczej wadze publicznej. Jej głównym celem jest zaspokajanie społecznych i indywidualnych potrzeb kulturalnych. Zapewnianie odbiorcom doznań estetycznych, emocjonalnych, przeżyć, refleksji intelektualnych i moralnych. Wzbogacających różne sfery ludzkiej wrażliwości. Krzewienie najważniejszych wartości moralnych. Wywoływanie refleksji nad życiem godziwym i niegodziwym, dobrem i złem. Kultura jest więc najpierw zawsze domeną tworzenia i istnienia wartości pozamaterialnych. Choć wiele dóbr kultury ma też komercyjną wartość rynkową, wyrażaną w pieniądzu, istotne gospodarcze znaczenie i przynosi dochody.
Propozycje zmian prawa, umożliwiające prywatyzację lub likwidację publicznych instytucji kultury, zostały zdecydowanie odrzucone przez wszystkie polskie środowiska twórcze, animatorów kultury i osoby w różny sposób uczestniczące w kulturze. Jako niekonstytucyjne i niedopuszczalne wobec roli i znaczenia tych instytucji dla ochrony i rozwoju polskiej kultury narodowej, jej dziedzictwa, prawnie chronionej odrębności i tożsamości kulturowej.
W konfrontacji z rzeczywistością, tezy o rzekomym kryzysie polskiej kultury i publicznych instytucji kultury, mimo nękających je nadal niedostatków środków finansowych, słabości infrastruktury, licznych ograniczeń i trudności formalno-organizacyjnych, są ewidentnie nieprawdziwe. Potwierdzeniem potencjału, rozwoju i żywotności polskiej kultury jest rosnące uczestnictwo odbiorców w jej różnych formach. Sukcesy coraz większej liczby dzieł polskich autorów i wybitne osiągnięcia polskich artystów wykonawców w kraju i zagranicą.
Kuriozalnym komentarzem, oddającym jednak sposób myślenia o projekcie „rewolucji w kulturze” i skrajne, doktrynerskie poglądy jej autorów, była wypowiedź prof. Balcerowicza, iż dofinansowywanie biletów do teatrów i innych publicznych instytucji kultury ma rzekomo wyłącznie elitarny charakter i krąg beneficjentów, więc jest społecznie nieuzasadnione i należy z niego zrezygnować – w odróżnieniu od finansowania zakupów czołgów (sic!).
Takie podejście i płytko demagogiczna, pseudorewolucyjno-militarna, antyinteligencka retoryka, zawsze były i są absurdalne i skrajnie szkodliwe w odniesieniu do kultury. Szczególnie dziś, w warunkach pokoju, postępującej integracji, bezpieczeństwa i współpracy europejskiej, jest to absolutnie nie do zaakceptowania. Podczas gdy ekonomiści i specjaliści od finansów publicznych, badający rzetelnie wpływ kultury na rozwój współczesnej, poprzemysłowej gospodarki narodowej, twierdzą, że każda złotówka zainwestowana w działalność kulturalną przynosi w ostatecznym rachunku co najmniej pięć złotych zysku. Nie licząc najważniejszych, najczęściej niewymiernych w pieniądzu, trudnych do przecenienia, podstawowych rezultatów i korzyści społecznych w postaci kreowanych w procesach twórczych wartości niematerialnych. Tkwiących we wszelkich dobrach i przejawach działalności kulturalnej. Profesjonalnej i amatorskiej. Nawet najbardziej popularnej, masowej i rozrywkowej.
Publiczne teatry, opery, filharmonie, orkiestry, zespoły baletowe i inne instytucje kultury szczęśliwie nadal istnieją i działają w Polsce. Równocześnie jako ostoje narodowej, europejskiej i światowej tradycji, dziedzictwa kulturowego oraz ośrodki promocji najnowszych dzieł i nowatorskich form ich artystycznej prezentacji i interpretacji. Wbrew skrajnie krytycznym, fałszywym opiniom nie są w stanie kryzysu. Mimo zróżnicowanej kondycji i licznych problemów. Nie wolno jednak nikomu ich zniszczyć, wprowadzając w nich pospieszne, nieprzemyślane, biurokratyczne organizacyjno-prawne zmiany systemowe.
Polskiej kulturze, instytucjom i twórcom kultury – autorom i artystom – potrzebne są przemyślane, modernizacyjne reformy różnych form działalności kulturalnej i warunków pracy twórczej. Oparte na rzetelnych analizach, ocenach, diagnozach z uwzględnieniem opinii zainteresowanych środowisk twórczych oraz odbiorców rezultatów ich pracy. I na faktycznym – nie pozorowanym – dialogu społecznym środowisk twórczych, pracodawców artystów, animatorów kultury, organizacji widzów i władz państwowych.
Nie zaś wydumane przez kogokolwiek, doktrynerskie, koteryjne „rewolucje” i „wojny” o biurokratyczną antyreformę kultury. Administracyjnie narzucaną odgórnie twórcom, instytucjom i odbiorcom kultury. Wbrew naszej wiedzy, woli, opiniom oraz realnym życiowym i artystycznym, najważniejszym potrzebom i interesom. Przez wąskie, menadżersko grona doradców, urzędników, lobbystów. Forsujących uporczywie swoje koncepcje i interesy.
Toteż najbardziej skrajne, nieprzemyślane tezy projektu „rewolucyjnej” antyreformy polskiej kultury, spotkały się z powszechną krytyką. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego odciął się w związku z tym kilkakrotnie od wycofania się państwa z finansowania publicznych instytucji kultury. I innych, najbardziej powszechnie nieakceptowanych, propozycji zmian w prawie kultury. Jednak, pomimo deklaracji Ministra, podtrzymywane są nadal hiperregulacyjne – nie deregulacyjne jak zapowiadano i próbuje się je nadal przedstawiać – projekty zmian prawa kultury. Ich autorzy nie dają za wygraną. Usiłują w różny sposób forsować i legitymizować swoje radykalne, szkodliwe dla kultury i twórców propozycje. Nienowe, dobrze znane twórcom i artystom pamiętającym czasy PRL, z których wprost się wywodzą. Polskie środowiska twórcze i instytucje kultury już się przed nimi trzykrotnie obroniły w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku.
Istotą i celem projektów tych zmian było wtedy i jest znowu, pełne uzależnienie zatrudnionych w teatrach aktorów i innych artystów wykonawców od ich dyrektorów i prawnych organizatorów. Teraz także od sponsorów i obecnych lub przyszłych prywatnych właścicieli tych instytucji. Chociaż dzisiaj na podstawie innych niż w PRL – nie ideologiczno-politycznych, lecz podobnie skrajnie doktrynalnych i instrumentalnych – płytko ekonomiczno-finansowych, rynkowych, pseudomenadżerskich przesłanek. Przez umocnienie już obecnie prawie absolutnej, jednoosobowej, nierzadko przybierającej patologiczne, autorytarne formy, dominacji dyrektorów nad zespołami twórczymi teatrów i innych artystycznych instytucji kultury. Składającymi się z artystów różnych specjalności. Wspólnie z którymi kierujący tymi instytucjami i kolejnymi przedsięwzięciami repertuarowymi realizują statutową działalność.
Autorzy tych koncepcji zapominają, że zespołowa praca artystyczna opiera się na współtwórczości i podmiotowości wszystkich członków zespołów teatralnych. Bez aktywnego współdziałania, porozumienia i wzajemnej akceptacji dyrektorów, autorów, reżyserów, dyrygentów, baletmistrzów, chórmistrzów z zespołami artystów pracujących w teatrach i innych instytucjach kultury jest ona niemożliwa. Nawet najlepszy dyrektor teatru, opery, filharmonii, orkiestry, chóru, czy baletu, ani reżyser nie zagra sam. Musi więc umieć i chcieć być liderem artystycznym, organizacyjnym, animatorem i opiekunem zespołu współtwórców z którymi pracuje w powierzonej mu instytucji kultury. Kierowanie teatrem lub inną artystyczną instytucją kultury, to nie to samo, co zarządzanie zwykłym przedsiębiorstwem, bądź innym podmiotem gospodarczym albo instytucją.
Aktorzy i inni artyści wykonawcy nie mogą być pozbawieni elementarnej stabilności zawodowej, życiowej i podmiotowości w swej pracy twórczej w zespołach teatralnych. Nie mogą być niewolniczo zależni od dyrektorów teatrów i całkiem instrumentalnie traktowani.
Dlatego:
1. Nie akceptujemy propozycji zmian ustawowych, umożliwiających prawnym organizatorom likwidację lub prywatyzację publicznych instytucji kultury. Prawo kultury winno nadal bezwzględnie chronić publiczne instytucje artystyczne. Uznając ich prowadzenie i finansowanie za ustawowe, niezbywalne zadania obowiązkowe organizatorów. Ze względu na ważne cele, związane z upowszechnianiem, rozwojem, ochroną kultury, dziedzictwa narodowego, języka polskiego i obowiązkiem materialnej realizacji przez państwo konstytucyjnie zagwarantowanego prawa dostępu obywateli do dóbr kultury i prawa do czynnego uczestnictwa w kulturze.
2. Proponowane prawne wyodrębnienie instytucji artystycznych spośród pozostałych instytucji kultury, miałoby sens, gdyby przyczyniało się do poprawy ich funkcjonowania i warunków pracy aktorów i innych artystów wykonawców w teatrach dramatycznych, muzycznych, lalkowych, operach, operetkach, filharmoniach, orkiestrach, zespołach tanecznych, etc. Jednak nie ma sensu, jeśli miałoby prowadzić wyłącznie do niedopuszczalnej dyskryminacji artystów. Z powodu pogorszenia warunków zatrudnienia, pracy i życia – jak w projekcie.
3. Zdecydowanie sprzeciwiamy się wprowadzeniu wieloletnich (trzy-, pięcio- lub siedmioletnich) kadencyjnych, nieprzerwanych kontraktów dyrektorów teatrów, gwarantujących pewność zatrudnienia. Przy jednoczesnym wprowadzeniu dyskryminacyjnej zasady zatrudniania aktorów i innych twórców wyłącznie na podstawie sezonowych – jednorocznych lub trzyletnich – umów o pracę na czas określony. Pracujący w teatrach aktorzy nie mogą mieć zdecydowanie gorszych, mniej stabilnych, mniej bezpiecznych warunków zatrudnienia i pracy, niż zagwarantowane powszechnie w kodeksie pracy. Europejskie prawo pracy nie dopuszcza takich – wyraźnie dyskryminacyjnych – rozwiązań. Przewidziane w nim warunkowo wyjątki nie mogą stawać się regułą w odniesieniu do jednej tylko grupy zawodowej o szczególnym znaczeniu społecznym. Obarczonej, ze względu na specyfikę pracy aktorów i innych artystów wykonawców, jednym z najwyższych poziomów ryzyka zawodowego i życiowego.
4. Nie akceptujemy też propozycji zniesienia obowiązku konsultowania kandydatur dyrektorów ze związkami i stowarzyszeniami twórczymi. Pod nieprawdziwym pretekstem, że wystarczy tylko obligatoryjny udział przedstawicieli w komisji konkursowej. Dyrektorzy wybrani i powołani bez uwzględnienia opinii artystów pracujących w zespołach teatrów, którymi mają kierować, często tworzą patowe sytuacje konfliktowe. Nie są potem w stanie realizować swoich planów repertuarowych i artystycznych. Bo, stosując zasadę spalonej ziemi, przerywają często ciągłość i kontynuację działań poprzedników. Nieraz rozbijają lub antagonizują zespół aktorów dobrze znanych publiczności, cenionych i akceptowanych przez nią. A od oceny gry i popularności aktorów, nie dyrektorów, zależy frekwencja w teatrach i odbiór spektakli
5. Sprzeczne z prawem, szkodliwe i niedopuszczalne byłoby zniesienie obowiązku konsultowania przez dyrektora regulaminu organizacyjnego teatru z organizacjami związkowymi i stowarzyszeniami twórczymi. Dyrektorzy instytucji artystycznych nie mogą być sytuowani prawnie poza zespołami, którymi kierują i z którymi współpracują. Ponownie podkreślamy że powinni być liderami, nie dyktatorskimi zarządcami zespołów. W działalności organizacyjnej i programowej konieczne są prawne gwarancje współzarządzania dla artystów. Wykluczające jednoosobowy dyktat. Aktorzy i pozostali artyści wykonawcy muszą mieć zagwarantowane faktyczne prawo głosu i być podmiotowo traktowani na zasadach partnerskich w teatrach i innych instytucjach artystycznych, będących stałymi, podstawowymi miejscami ich pracy.
6. Nie ma dziś realnej możliwości i uzasadnienia powierzania osobom prawnym zarządzania publicznymi instytucjami kultury. Byłoby to przerzucanie odpowiedzialności za ich funkcjonowanie z organizatorów na nieokreślone osoby trzecie. Publiczny teatr to nie wspólnota mieszkaniowa. Zarządzanie zasobami której sprowadza się do wyspecjalizowanych organizacyjno-technicznych funkcji usługowych profesjonalnego, licencjonowanego administratora.
7. Niedopuszczalne, krzywdzące i nieuzasadnione byłoby wprowadzenie wyłącznie sezonowych, jednorocznych lub najwyżej trzyletnich kontraktów dla wszystkich aktorów zatrudnianych na nowych zasadach w teatrze. Z ustawowym zniesieniem – dotychczas powszechnego, ustawowego obowiązku zawierania z aktorami, podobnie jak ze wszystkimi innymi etatowymi pracownikami – umów o pracę na czas nieokreślony po zakończeniu dwóch umów na czas określony. Byłoby to sprzeczne z zasadami równości wobec prawa, niedyskryminacji pracowników i europejskimi normami wprowadzania zasad elastycznego zatrudniania osób wykonujących zawody twórcze. W sposób łączący zawsze tę elastyczność z bezpieczeństwem socjalnym w ramach, opracowanej w europejskim prawie pracy, łączącej oba te cele, formuły określanej w oryginalnej terminologii tego prawa jako flexicurity (ang.) i flexicurité (franc.).
8. Zdecydowanie odrzucamy też wprowadzenie ustawowego zakazu tzw.„konkurencyjnej pracy aktorów”. Przez co autorzy projektu rozumieją de facto prawny zakaz wszelkich form pracy aktorów zatrudnionych w teatrach na rzecz podmiotów zewnętrznych. Zaś w razie podejmowania takiej pracy, proponują wprowadzenie uzależnienia zgody dyrektora od rekompensat z tego tytułu na rzecz macierzystego teatru. Wypłacanych przez zatrudniających aktorów producentów telewizyjnych lub filmowych albo innych teatrów. Bądź przez samych aktorów, uzyskujących dodatkowe dochody z tytułu osobiście wykonywanej pracy poza macierzystymi teatrami. Takie regulacje ustawowe byłyby nie tylko sprzeczne z prawem, elementarnymi zasadami i gwarancjami wolności pracy artystycznej. W obecnej sytuacji zatrudnieniowej i płacowej oznaczałoby to pozbawienie wielu aktorów teatralnych dodatkowych środków na utrzymanie rodzin i rozwój. Koniecznych do dalszej pracy w zawodzie. Oczywiście nieuzasadnione z punktu widzenia interesów nie tylko samych aktorów ale i teatrów. Które winny popierać wszelkie, nie kolidujące z własną działalnością repertuarową i decyzjami obsadowymi, możliwości dodatkowej pracy artystycznej i zarobkowania aktorów poza teatrami. Ustalenia w tym zakresie nie mogą być sensownie dokonane w formie regulacji ustawowych.
9. Wprowadzenie w polskich teatrach niemieckiej instytucji aktora rezydenta dopiero po piętnastu latach nieprzerwanej etatowej pracy w tym samym teatrze, to kolejny szkodliwy dla aktorów pomysł. Większość aktorów podejmujących pracę w teatrach publicznych na proponowanych nowych zasadach nie miałaby realnych szans przepracowania takiego okresu w jednym teatrze. Każda zmiana i przerwa oznaczałaby utratę możliwości uzyskania statusu aktora rezydenta. Dającego aktorom dopiero po piętnastu latach elementarną stabilność zatrudnienia i pracy w teatrze. Przy obecnych niskich płacach podstawowych, przeciętnie o połowę niższych od średniej krajowej i absolutnie dominującej pozycji dyrektorów teatrów byłoby to nie do przyjęcia Oznaczałoby niczym nie uzasadnioną, skrajną dyskryminację aktorów. Wykonujących i tak publiczny zawód o najwyższym stopniu koniecznego, całkowitego zaangażowania psychofizycznego w pracę oraz wzmiankowanego wcześniej, równie wysokiego ryzyka profesjonalnego i życiowego.
10. Za podobnie niedopuszczalny i szkodliwy należy uznać projekt wprowadzenia ustawowej możliwości okresowego zwiększania czasu pracy aktorów do 12 godzin w ciągu doby.
11. Proponowane w projekcie wprowadzenie formalnie w ustawie tylko w odniesieniu do zatrudniania dyrektorów i aktorów pojęcia sezonu teatralnego nie dotyczy w ogóle aspektów faktycznej sezonowości repertuarowej teatrów i innych artystycznych instytucji kultury. Istotnie ważnej dla funkcjonowania teatrów. Czyli uwzględnienia w prawie kultury i przepisach związkowych innych ustaw faktu, że sezon teatralny nie pokrywa się z rokiem kalendarzowym, a zatem i z rokiem budżetowym i bilansowym. W odniesieniu do kwestii budżetowego planowania, finansowania, realizacji i bilansowego rozliczania wyniku finansowego (strat i zysków oraz wykorzystywania dotacji celowych, zarówno podmiotowych i przedmiotowych). Bez odrębnego kompleksowego uregulowania tych kwestii w ustawach związkowych wobec unormowań prawa kultury pojęcie sezonu teatralnego nie będzie nadal miało istotnego prawnego znaczenia w świetle przepisów ustaw o finansach publicznych, rachunkowości, etc.
12. Jedyną akceptowalną drogą przygotowania i przeprowadzenia reform w teatrze i w polskiej kulturze jest stworzenie forum społecznego dialogu z faktycznym udziałem stowarzyszeń twórczych, związków zawodowych aktorów i innych artystów wykonawców organizatorów publicznych instytucji kultury, odbiorców i władz państwowych. Wbrew medialnym opiniom, obecna sytuacja zawodowa, społeczna i finansowa polskich aktorów i innych artystów wykonawców jest trudna. Większość aktorów nie ma stałego zatrudnienia, ma też często ograniczone możliwości podejmowania dodatkowej pracy. Nie wszyscy mogą grać w serialach i reklamach. Można obecną sytuację skutecznie zmieniać tylko przez stałe merytoryczne formy społecznego dialogu. Przez prawnie zagwarantowane współzarządzanie i partnerski udział aktorów w pracy zespołów teatralnych i podejmowaniu najważniejszych decyzji dotyczących teatrów w których są zatrudnieni. Konieczne w tym celu jest opracowanie i przyjęcie układu zbiorowego pracy aktorów i artystów wykonawców pracujących w teatrach publicznych, biorących udział w żywych spektaklach oraz wzorcowych statutów i regulaminów teatrów publicznych o różnym charakterze i profilu. Jak w większości państw europejskich. Określenie w nich podstawowych praw i obowiązków dyrektorów teatrów i innych scenicznych instytucji kultury oraz aktorów, zasad mediacji i rozstrzygania ewentualnych sporów i konfliktów w sposób zgodny z zespołowym charakterem organizacyjnej i artystycznej pracy scenicznych instytucji kultury. Nie na zasadach jednoosobowego dyktatu nieusuwalnych przez czas trwania kontraktu dyrektorów. Z niepokojem obserwujemy najnowsze, coraz liczniejsze przypadki patologicznych sytuacji konfliktowych w kolejnych teatrach. Wynikające z braku takich odrębnych unormowań o charakterze koregulacyjnym i samoregulacyjnym, od dawna znanych i przyjętych w Europie. Hiperbiurokratyczne propozycje zmian prawa kultury przedstawione w resortowym projekcie nie pomogą skutecznie rozwiązywać te problemy.
Nasunęło mi się kilka uwag w trakcie czytania tego dość zamotanego, a jednocześnie ciut megalomańskiego tekstu.
Ja będąca całym sercem po stronie szeroko pojętej (wysokiej) kultury, w tym teatru i artystów, jestem całym sercem przeciw tezom zawartym w apelu. Przypominające czasy minione artystowskie żądania uświadamiają, że oto aktorzy chcą rewolucji! Rewolucji, z której wychodzą z wszelkimi przywilejami, bez obowiązków wobec państwa, w tym także naczelnego obowiązku szanowania publicznego grosza czyli pieniędzy podatnika.
Bełkotliwy, aczkolwiek ze skłonnością do uczonego brzmienia język, styl pierwszomajowej nowomowy oraz jakby skądś znane „postulaty” nie pozostawiają mi wątpliwości, że miejsca tam na mój podpis nie ma, przynajmniej do czasu kiedy uda mi się poznać tekst krytykowanego projektu ustawy, bo lubię znać racje obu stron. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że twórcy apelu zupełnie zapomnieli, że 20 lat temu mówiąc językiem polityki „odzyskaliśmy wolność”, która oznacza także wolnorynkową wolność kultury. W świecie cywilizowanym kulturalnie i kulturowo nie ma w każdej prowincjonalnej dziurze (sama w takiej mieszkam) teatru, teatru szczęśliwie dotowanego przez państwo, który zatrudnia, jak za czasów jedynie słusznych, na etacie nawet halabardzistów.
Dziś jest pora na teatry impresaryjne, które utrzymują się ze sprzedaży biletów i nie odrzucają sponsoringu. Clou życia teatralnego powinna opierać się jak najbardziej o rynek, tj. o teatry prywatne, które żyją z biletów, a ich sprzedaż decyduje o ich istnieniu. Ostatnie lata pokazały, że takie fakty mają miejsce i mimo wysokich cen, wstęp do nich jest trudny, bo chętnych jest więcej niż miejsc. I to jest zjawisko bardzo optymistyczne. Teatr nie jest sztuką masową i powinien być oczekiwanym świętem.
Polska wzorem innych cywilizowanych krajów, które od stuleci tworzą kulturę (która tam nie upadła, a kieruje się takimi samymi uwarunkowaniami ekonomicznymi) powinna mieć jeden teatr narodowy, jeden teatr operowy, jedną filharmonię i te instytucje, jak najbardziej powinny być finansowane z budżetu państwa. Kwoty przeznaczane na dofinansowanie prowincji, powinny trafiać do narodowych instytucji kulturalnych w całości, by mogły przyciągnąć twórców wybitnych, a przez drogie, niedostępne ogólnie przez dofinansowanie bilety, powinny stać się instytucjami prawdziwie kulturalnymi (elitarnymi) o wyszukanym repertuarze, gdzie nonszalancja pseudo teatromanów czy melomanów każe nam obcować z adidasami zamiast lakierków, czy dżinsów i rozwleczonego sweterka, zamiast smokingu czy wieczorowego garnituru.
Teatr powinien spełniać rolę pracodawcy, który płaci za wykonaną pracę, a nie przechowalni aktorów utrzymującej ich za figurowanie na etacie. Teatry nie powinny być także miejscem dla reżyserów czy dyrektorów wizjonerów, którzy dzięki dotacjom państwa mogą bezkarnie epatować swoimi mniej lub bardziej trafionymi pomysłami, stanowiąc nieusuwalne zło. No chyba, że sami za swoje pieniądze tworzą teatry (sceny) dla realizacji swoich pomysłów.
To właśnie komercyjna rzeczywistość szybciutko weryfikuje ich przydatność oraz faktyczną wartość. Wyrównuje patologie i jasno określa wymogi zawodowe. Jesteś dobry, grasz, jesteś kiepski, zmieniasz zawód albo ciągniesz ogony, jednak nie za pieniądze podatnika!
Dla mnie postulaty apelu sprowadzają się do jasno określonych przywilejów dla artystów, przypisujących sobie wieszczą, ponadprzeciętną, niemal mistyczną rolę. To nieuczciwe, bo wolny rynek wszelkie przywileje znosi. Bufonada płynąca z logiki apelu jest dość porażająca. Być może zmienię zdanie jak będę miała szansę przeczytać projekt zmian.
Aktor wykonuje tzw. wolny zawód i powinien być zatrudniany na umowę o dzieło, bo kreacje teatralne są w jakiejś mierze dziełem i sam powinien dbać o ich jakość. Nic nie działa tak demoralizująco w tym zawodzie jak etat i to koniecznie na czas nieokreślony. Tak jak działające na zupełnie już nie przystających do obecnej rzeczywistości zasadach związki zawodowe (ustawa winna być od dawna zmodyfikowana, związki wyprowadzone z miejsc pracy, działalność w nich powinna być społeczna, a członkowie jak i szefowie nie powinni być "ustawowo" chronieni latami przed zwolnieniem!). Kodeksowy miecz, który realizuje li tylko interes wąskich grup, zrzeszających najczęściej towarzystwo wzajemnej adoracji, wcale nie całe środowiska.
Nie mogę się zgodzić z tezą, że kierowanie teatrem to nie jest to samo, co kierowanie zwykłym przedsiębiorstwem! Co autorzy apelu mieli na myśli pisząc pejoratywnie o „zwykłym” przedsiębiorstwie? Teatr to też rodzaj przedsiębiorstwa, a to, że tworzy się tam sztukę, a nie produkuje zapałki wcale nie znaczy, że jest ono „niezwykłe” lub lepsze. I tu i tu zarządza się zasobami ludzkimi, prowadzi sprawy kadrowo-płacowe, dba o tzw. park maszynowy, reklamę
i dobry marketing, by sprzedać swój produkt. A to właśnie owo „zwykłe” przedsiębiorstwo pracuje na to, by „niezwykłe” przedsiębiorstwo jakim jest teatr mogło funkcjonować. Wyłażąca jak słoma z butów bufonada apelu nie służy dobremu klimatowi do podpisywania się w jego obronie.
No i nie mogę wyjść ze zdumienia, że protest firmuje - nomen omen - Joanna Szczepkowska! Czy na pewno to TA SAMA Joanna Szczepkowska???
Przedruk tekstu apelu za otrzymanym od wysyłajacego e mail'em - nie ponoszę odpowiedzialności za treści i błedy w nim zawarte.
APEL AKTORÓW i WIDZÓW POLSKICH TEATROW
W 2009 roku zapowiedziano rządowy plan „rewolucyjnej deregulacji” działalności kulturalnej. Mającej uprościć, odbiurokratyzować i uwolnić od zbędnych, szkodliwych ograniczeń oraz niedoskonałości zasady funkcjonowania publicznych instytucji kultury i poprawić warunki pracy twórczej i artystycznej autorów i artystów wykonawców.
Przed Kongresem Kultury Polskiej, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przedstawiło założenia projektu zmian prawa kultury. Jednak – jak wiele kontrowersyjnych twierdzeń, zawartych w opublikowanych przed Kongresem raportach, dotyczących różnych dziedzin kultury – założenia te wzbudziły zdecydowany sprzeciw lub poważne zastrzeżenia przedstawicieli środowisk twórczych, instytucji kultury i odbiorców – widzów, słuchaczy i innych uczestników rozmaitych form działalności kulturalnej. Powstaje nieodparte pytanie: dlaczego tak się stało? Poniżej przedstawiamy próbę odpowiedzi na to zasadnicze pytanie.
Projekt „rewolucji kulturalnej” prof. Hausnera przygotowano arbitralnie i dyskrecjonalnie. Bez udziału twórców i szerokich, rzetelnych konsultacji środowiskowych. Pogłębionych, fachowych wielostronnych analiz i diagnoz stanów faktycznych. Projekt opracowało wąskie grono równie arbitralnie wybranych autorów. Często nie zajmujących się profesjonalnie kulturą. Rozpatrujących i uwzględniających głównie finansowe, wąsko-ekonomiczne i rynkowe, regulacyjno-prawne, teoretyczno-menadżerskie aspekty działalności kulturalnej. Jakby szło o zwykłą działalność gospodarczą, którą działalność kulturalna nie jest. Nie tylko ze swej istoty, podstawowych, nadrzędnych celów i zadań społecznych, ale i z mocy prawa.
W oderwaniu od polskich realiów i najnowszych europejskich tendencji, postulowano daleko idące wycofanie się organów państwa i samorządu terytorialnego z realizacji obowiązkowych, konstytucyjnych zadań mecenatu w sferze organizacji, prowadzenia i finansowania publicznych instytucji kultury. Będącego niezbywalną materialną gwarancją dostępu obywateli do dóbr kultury i uczestnictwa w kulturze. Proponowano w zamian sponsoring prywatny i prowadzenie działalności kulturalnej na zasadach ekonomiczno-rynkowych.
W działalności kulturalnej pierwszorzędne znaczenie mają kreowane wartości niematerialne o zasadniczej wadze publicznej. Jej głównym celem jest zaspokajanie społecznych i indywidualnych potrzeb kulturalnych. Zapewnianie odbiorcom doznań estetycznych, emocjonalnych, przeżyć, refleksji intelektualnych i moralnych. Wzbogacających różne sfery ludzkiej wrażliwości. Krzewienie najważniejszych wartości moralnych. Wywoływanie refleksji nad życiem godziwym i niegodziwym, dobrem i złem. Kultura jest więc najpierw zawsze domeną tworzenia i istnienia wartości pozamaterialnych. Choć wiele dóbr kultury ma też komercyjną wartość rynkową, wyrażaną w pieniądzu, istotne gospodarcze znaczenie i przynosi dochody.
Propozycje zmian prawa, umożliwiające prywatyzację lub likwidację publicznych instytucji kultury, zostały zdecydowanie odrzucone przez wszystkie polskie środowiska twórcze, animatorów kultury i osoby w różny sposób uczestniczące w kulturze. Jako niekonstytucyjne i niedopuszczalne wobec roli i znaczenia tych instytucji dla ochrony i rozwoju polskiej kultury narodowej, jej dziedzictwa, prawnie chronionej odrębności i tożsamości kulturowej.
W konfrontacji z rzeczywistością, tezy o rzekomym kryzysie polskiej kultury i publicznych instytucji kultury, mimo nękających je nadal niedostatków środków finansowych, słabości infrastruktury, licznych ograniczeń i trudności formalno-organizacyjnych, są ewidentnie nieprawdziwe. Potwierdzeniem potencjału, rozwoju i żywotności polskiej kultury jest rosnące uczestnictwo odbiorców w jej różnych formach. Sukcesy coraz większej liczby dzieł polskich autorów i wybitne osiągnięcia polskich artystów wykonawców w kraju i zagranicą.
Kuriozalnym komentarzem, oddającym jednak sposób myślenia o projekcie „rewolucji w kulturze” i skrajne, doktrynerskie poglądy jej autorów, była wypowiedź prof. Balcerowicza, iż dofinansowywanie biletów do teatrów i innych publicznych instytucji kultury ma rzekomo wyłącznie elitarny charakter i krąg beneficjentów, więc jest społecznie nieuzasadnione i należy z niego zrezygnować – w odróżnieniu od finansowania zakupów czołgów (sic!).
Takie podejście i płytko demagogiczna, pseudorewolucyjno-militarna, antyinteligencka retoryka, zawsze były i są absurdalne i skrajnie szkodliwe w odniesieniu do kultury. Szczególnie dziś, w warunkach pokoju, postępującej integracji, bezpieczeństwa i współpracy europejskiej, jest to absolutnie nie do zaakceptowania. Podczas gdy ekonomiści i specjaliści od finansów publicznych, badający rzetelnie wpływ kultury na rozwój współczesnej, poprzemysłowej gospodarki narodowej, twierdzą, że każda złotówka zainwestowana w działalność kulturalną przynosi w ostatecznym rachunku co najmniej pięć złotych zysku. Nie licząc najważniejszych, najczęściej niewymiernych w pieniądzu, trudnych do przecenienia, podstawowych rezultatów i korzyści społecznych w postaci kreowanych w procesach twórczych wartości niematerialnych. Tkwiących we wszelkich dobrach i przejawach działalności kulturalnej. Profesjonalnej i amatorskiej. Nawet najbardziej popularnej, masowej i rozrywkowej.
Publiczne teatry, opery, filharmonie, orkiestry, zespoły baletowe i inne instytucje kultury szczęśliwie nadal istnieją i działają w Polsce. Równocześnie jako ostoje narodowej, europejskiej i światowej tradycji, dziedzictwa kulturowego oraz ośrodki promocji najnowszych dzieł i nowatorskich form ich artystycznej prezentacji i interpretacji. Wbrew skrajnie krytycznym, fałszywym opiniom nie są w stanie kryzysu. Mimo zróżnicowanej kondycji i licznych problemów. Nie wolno jednak nikomu ich zniszczyć, wprowadzając w nich pospieszne, nieprzemyślane, biurokratyczne organizacyjno-prawne zmiany systemowe.
Polskiej kulturze, instytucjom i twórcom kultury – autorom i artystom – potrzebne są przemyślane, modernizacyjne reformy różnych form działalności kulturalnej i warunków pracy twórczej. Oparte na rzetelnych analizach, ocenach, diagnozach z uwzględnieniem opinii zainteresowanych środowisk twórczych oraz odbiorców rezultatów ich pracy. I na faktycznym – nie pozorowanym – dialogu społecznym środowisk twórczych, pracodawców artystów, animatorów kultury, organizacji widzów i władz państwowych.
Nie zaś wydumane przez kogokolwiek, doktrynerskie, koteryjne „rewolucje” i „wojny” o biurokratyczną antyreformę kultury. Administracyjnie narzucaną odgórnie twórcom, instytucjom i odbiorcom kultury. Wbrew naszej wiedzy, woli, opiniom oraz realnym życiowym i artystycznym, najważniejszym potrzebom i interesom. Przez wąskie, menadżersko grona doradców, urzędników, lobbystów. Forsujących uporczywie swoje koncepcje i interesy.
Toteż najbardziej skrajne, nieprzemyślane tezy projektu „rewolucyjnej” antyreformy polskiej kultury, spotkały się z powszechną krytyką. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego odciął się w związku z tym kilkakrotnie od wycofania się państwa z finansowania publicznych instytucji kultury. I innych, najbardziej powszechnie nieakceptowanych, propozycji zmian w prawie kultury. Jednak, pomimo deklaracji Ministra, podtrzymywane są nadal hiperregulacyjne – nie deregulacyjne jak zapowiadano i próbuje się je nadal przedstawiać – projekty zmian prawa kultury. Ich autorzy nie dają za wygraną. Usiłują w różny sposób forsować i legitymizować swoje radykalne, szkodliwe dla kultury i twórców propozycje. Nienowe, dobrze znane twórcom i artystom pamiętającym czasy PRL, z których wprost się wywodzą. Polskie środowiska twórcze i instytucje kultury już się przed nimi trzykrotnie obroniły w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku.
Istotą i celem projektów tych zmian było wtedy i jest znowu, pełne uzależnienie zatrudnionych w teatrach aktorów i innych artystów wykonawców od ich dyrektorów i prawnych organizatorów. Teraz także od sponsorów i obecnych lub przyszłych prywatnych właścicieli tych instytucji. Chociaż dzisiaj na podstawie innych niż w PRL – nie ideologiczno-politycznych, lecz podobnie skrajnie doktrynalnych i instrumentalnych – płytko ekonomiczno-finansowych, rynkowych, pseudomenadżerskich przesłanek. Przez umocnienie już obecnie prawie absolutnej, jednoosobowej, nierzadko przybierającej patologiczne, autorytarne formy, dominacji dyrektorów nad zespołami twórczymi teatrów i innych artystycznych instytucji kultury. Składającymi się z artystów różnych specjalności. Wspólnie z którymi kierujący tymi instytucjami i kolejnymi przedsięwzięciami repertuarowymi realizują statutową działalność.
Autorzy tych koncepcji zapominają, że zespołowa praca artystyczna opiera się na współtwórczości i podmiotowości wszystkich członków zespołów teatralnych. Bez aktywnego współdziałania, porozumienia i wzajemnej akceptacji dyrektorów, autorów, reżyserów, dyrygentów, baletmistrzów, chórmistrzów z zespołami artystów pracujących w teatrach i innych instytucjach kultury jest ona niemożliwa. Nawet najlepszy dyrektor teatru, opery, filharmonii, orkiestry, chóru, czy baletu, ani reżyser nie zagra sam. Musi więc umieć i chcieć być liderem artystycznym, organizacyjnym, animatorem i opiekunem zespołu współtwórców z którymi pracuje w powierzonej mu instytucji kultury. Kierowanie teatrem lub inną artystyczną instytucją kultury, to nie to samo, co zarządzanie zwykłym przedsiębiorstwem, bądź innym podmiotem gospodarczym albo instytucją.
Aktorzy i inni artyści wykonawcy nie mogą być pozbawieni elementarnej stabilności zawodowej, życiowej i podmiotowości w swej pracy twórczej w zespołach teatralnych. Nie mogą być niewolniczo zależni od dyrektorów teatrów i całkiem instrumentalnie traktowani.
Dlatego:
1. Nie akceptujemy propozycji zmian ustawowych, umożliwiających prawnym organizatorom likwidację lub prywatyzację publicznych instytucji kultury. Prawo kultury winno nadal bezwzględnie chronić publiczne instytucje artystyczne. Uznając ich prowadzenie i finansowanie za ustawowe, niezbywalne zadania obowiązkowe organizatorów. Ze względu na ważne cele, związane z upowszechnianiem, rozwojem, ochroną kultury, dziedzictwa narodowego, języka polskiego i obowiązkiem materialnej realizacji przez państwo konstytucyjnie zagwarantowanego prawa dostępu obywateli do dóbr kultury i prawa do czynnego uczestnictwa w kulturze.
2. Proponowane prawne wyodrębnienie instytucji artystycznych spośród pozostałych instytucji kultury, miałoby sens, gdyby przyczyniało się do poprawy ich funkcjonowania i warunków pracy aktorów i innych artystów wykonawców w teatrach dramatycznych, muzycznych, lalkowych, operach, operetkach, filharmoniach, orkiestrach, zespołach tanecznych, etc. Jednak nie ma sensu, jeśli miałoby prowadzić wyłącznie do niedopuszczalnej dyskryminacji artystów. Z powodu pogorszenia warunków zatrudnienia, pracy i życia – jak w projekcie.
3. Zdecydowanie sprzeciwiamy się wprowadzeniu wieloletnich (trzy-, pięcio- lub siedmioletnich) kadencyjnych, nieprzerwanych kontraktów dyrektorów teatrów, gwarantujących pewność zatrudnienia. Przy jednoczesnym wprowadzeniu dyskryminacyjnej zasady zatrudniania aktorów i innych twórców wyłącznie na podstawie sezonowych – jednorocznych lub trzyletnich – umów o pracę na czas określony. Pracujący w teatrach aktorzy nie mogą mieć zdecydowanie gorszych, mniej stabilnych, mniej bezpiecznych warunków zatrudnienia i pracy, niż zagwarantowane powszechnie w kodeksie pracy. Europejskie prawo pracy nie dopuszcza takich – wyraźnie dyskryminacyjnych – rozwiązań. Przewidziane w nim warunkowo wyjątki nie mogą stawać się regułą w odniesieniu do jednej tylko grupy zawodowej o szczególnym znaczeniu społecznym. Obarczonej, ze względu na specyfikę pracy aktorów i innych artystów wykonawców, jednym z najwyższych poziomów ryzyka zawodowego i życiowego.
4. Nie akceptujemy też propozycji zniesienia obowiązku konsultowania kandydatur dyrektorów ze związkami i stowarzyszeniami twórczymi. Pod nieprawdziwym pretekstem, że wystarczy tylko obligatoryjny udział przedstawicieli w komisji konkursowej. Dyrektorzy wybrani i powołani bez uwzględnienia opinii artystów pracujących w zespołach teatrów, którymi mają kierować, często tworzą patowe sytuacje konfliktowe. Nie są potem w stanie realizować swoich planów repertuarowych i artystycznych. Bo, stosując zasadę spalonej ziemi, przerywają często ciągłość i kontynuację działań poprzedników. Nieraz rozbijają lub antagonizują zespół aktorów dobrze znanych publiczności, cenionych i akceptowanych przez nią. A od oceny gry i popularności aktorów, nie dyrektorów, zależy frekwencja w teatrach i odbiór spektakli
5. Sprzeczne z prawem, szkodliwe i niedopuszczalne byłoby zniesienie obowiązku konsultowania przez dyrektora regulaminu organizacyjnego teatru z organizacjami związkowymi i stowarzyszeniami twórczymi. Dyrektorzy instytucji artystycznych nie mogą być sytuowani prawnie poza zespołami, którymi kierują i z którymi współpracują. Ponownie podkreślamy że powinni być liderami, nie dyktatorskimi zarządcami zespołów. W działalności organizacyjnej i programowej konieczne są prawne gwarancje współzarządzania dla artystów. Wykluczające jednoosobowy dyktat. Aktorzy i pozostali artyści wykonawcy muszą mieć zagwarantowane faktyczne prawo głosu i być podmiotowo traktowani na zasadach partnerskich w teatrach i innych instytucjach artystycznych, będących stałymi, podstawowymi miejscami ich pracy.
6. Nie ma dziś realnej możliwości i uzasadnienia powierzania osobom prawnym zarządzania publicznymi instytucjami kultury. Byłoby to przerzucanie odpowiedzialności za ich funkcjonowanie z organizatorów na nieokreślone osoby trzecie. Publiczny teatr to nie wspólnota mieszkaniowa. Zarządzanie zasobami której sprowadza się do wyspecjalizowanych organizacyjno-technicznych funkcji usługowych profesjonalnego, licencjonowanego administratora.
7. Niedopuszczalne, krzywdzące i nieuzasadnione byłoby wprowadzenie wyłącznie sezonowych, jednorocznych lub najwyżej trzyletnich kontraktów dla wszystkich aktorów zatrudnianych na nowych zasadach w teatrze. Z ustawowym zniesieniem – dotychczas powszechnego, ustawowego obowiązku zawierania z aktorami, podobnie jak ze wszystkimi innymi etatowymi pracownikami – umów o pracę na czas nieokreślony po zakończeniu dwóch umów na czas określony. Byłoby to sprzeczne z zasadami równości wobec prawa, niedyskryminacji pracowników i europejskimi normami wprowadzania zasad elastycznego zatrudniania osób wykonujących zawody twórcze. W sposób łączący zawsze tę elastyczność z bezpieczeństwem socjalnym w ramach, opracowanej w europejskim prawie pracy, łączącej oba te cele, formuły określanej w oryginalnej terminologii tego prawa jako flexicurity (ang.) i flexicurité (franc.).
8. Zdecydowanie odrzucamy też wprowadzenie ustawowego zakazu tzw.„konkurencyjnej pracy aktorów”. Przez co autorzy projektu rozumieją de facto prawny zakaz wszelkich form pracy aktorów zatrudnionych w teatrach na rzecz podmiotów zewnętrznych. Zaś w razie podejmowania takiej pracy, proponują wprowadzenie uzależnienia zgody dyrektora od rekompensat z tego tytułu na rzecz macierzystego teatru. Wypłacanych przez zatrudniających aktorów producentów telewizyjnych lub filmowych albo innych teatrów. Bądź przez samych aktorów, uzyskujących dodatkowe dochody z tytułu osobiście wykonywanej pracy poza macierzystymi teatrami. Takie regulacje ustawowe byłyby nie tylko sprzeczne z prawem, elementarnymi zasadami i gwarancjami wolności pracy artystycznej. W obecnej sytuacji zatrudnieniowej i płacowej oznaczałoby to pozbawienie wielu aktorów teatralnych dodatkowych środków na utrzymanie rodzin i rozwój. Koniecznych do dalszej pracy w zawodzie. Oczywiście nieuzasadnione z punktu widzenia interesów nie tylko samych aktorów ale i teatrów. Które winny popierać wszelkie, nie kolidujące z własną działalnością repertuarową i decyzjami obsadowymi, możliwości dodatkowej pracy artystycznej i zarobkowania aktorów poza teatrami. Ustalenia w tym zakresie nie mogą być sensownie dokonane w formie regulacji ustawowych.
9. Wprowadzenie w polskich teatrach niemieckiej instytucji aktora rezydenta dopiero po piętnastu latach nieprzerwanej etatowej pracy w tym samym teatrze, to kolejny szkodliwy dla aktorów pomysł. Większość aktorów podejmujących pracę w teatrach publicznych na proponowanych nowych zasadach nie miałaby realnych szans przepracowania takiego okresu w jednym teatrze. Każda zmiana i przerwa oznaczałaby utratę możliwości uzyskania statusu aktora rezydenta. Dającego aktorom dopiero po piętnastu latach elementarną stabilność zatrudnienia i pracy w teatrze. Przy obecnych niskich płacach podstawowych, przeciętnie o połowę niższych od średniej krajowej i absolutnie dominującej pozycji dyrektorów teatrów byłoby to nie do przyjęcia Oznaczałoby niczym nie uzasadnioną, skrajną dyskryminację aktorów. Wykonujących i tak publiczny zawód o najwyższym stopniu koniecznego, całkowitego zaangażowania psychofizycznego w pracę oraz wzmiankowanego wcześniej, równie wysokiego ryzyka profesjonalnego i życiowego.
10. Za podobnie niedopuszczalny i szkodliwy należy uznać projekt wprowadzenia ustawowej możliwości okresowego zwiększania czasu pracy aktorów do 12 godzin w ciągu doby.
11. Proponowane w projekcie wprowadzenie formalnie w ustawie tylko w odniesieniu do zatrudniania dyrektorów i aktorów pojęcia sezonu teatralnego nie dotyczy w ogóle aspektów faktycznej sezonowości repertuarowej teatrów i innych artystycznych instytucji kultury. Istotnie ważnej dla funkcjonowania teatrów. Czyli uwzględnienia w prawie kultury i przepisach związkowych innych ustaw faktu, że sezon teatralny nie pokrywa się z rokiem kalendarzowym, a zatem i z rokiem budżetowym i bilansowym. W odniesieniu do kwestii budżetowego planowania, finansowania, realizacji i bilansowego rozliczania wyniku finansowego (strat i zysków oraz wykorzystywania dotacji celowych, zarówno podmiotowych i przedmiotowych). Bez odrębnego kompleksowego uregulowania tych kwestii w ustawach związkowych wobec unormowań prawa kultury pojęcie sezonu teatralnego nie będzie nadal miało istotnego prawnego znaczenia w świetle przepisów ustaw o finansach publicznych, rachunkowości, etc.
12. Jedyną akceptowalną drogą przygotowania i przeprowadzenia reform w teatrze i w polskiej kulturze jest stworzenie forum społecznego dialogu z faktycznym udziałem stowarzyszeń twórczych, związków zawodowych aktorów i innych artystów wykonawców organizatorów publicznych instytucji kultury, odbiorców i władz państwowych. Wbrew medialnym opiniom, obecna sytuacja zawodowa, społeczna i finansowa polskich aktorów i innych artystów wykonawców jest trudna. Większość aktorów nie ma stałego zatrudnienia, ma też często ograniczone możliwości podejmowania dodatkowej pracy. Nie wszyscy mogą grać w serialach i reklamach. Można obecną sytuację skutecznie zmieniać tylko przez stałe merytoryczne formy społecznego dialogu. Przez prawnie zagwarantowane współzarządzanie i partnerski udział aktorów w pracy zespołów teatralnych i podejmowaniu najważniejszych decyzji dotyczących teatrów w których są zatrudnieni. Konieczne w tym celu jest opracowanie i przyjęcie układu zbiorowego pracy aktorów i artystów wykonawców pracujących w teatrach publicznych, biorących udział w żywych spektaklach oraz wzorcowych statutów i regulaminów teatrów publicznych o różnym charakterze i profilu. Jak w większości państw europejskich. Określenie w nich podstawowych praw i obowiązków dyrektorów teatrów i innych scenicznych instytucji kultury oraz aktorów, zasad mediacji i rozstrzygania ewentualnych sporów i konfliktów w sposób zgodny z zespołowym charakterem organizacyjnej i artystycznej pracy scenicznych instytucji kultury. Nie na zasadach jednoosobowego dyktatu nieusuwalnych przez czas trwania kontraktu dyrektorów. Z niepokojem obserwujemy najnowsze, coraz liczniejsze przypadki patologicznych sytuacji konfliktowych w kolejnych teatrach. Wynikające z braku takich odrębnych unormowań o charakterze koregulacyjnym i samoregulacyjnym, od dawna znanych i przyjętych w Europie. Hiperbiurokratyczne propozycje zmian prawa kultury przedstawione w resortowym projekcie nie pomogą skutecznie rozwiązywać te problemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)